Wybierz region

Wybierz miasto

    Fałszywy trop BSE

    Autor: Magdalena Roguska

    2002-05-10, Aktualizacja: 2004-12-18 00:42 źródło: Dziennik Zachodni

    Doniesienia o rzekomym powiązaniu z Opolszczyną zarażonej BSE krowy z Małopolski, nie potwierdziły się. Okazało się, że Michał Bajorek, rolnik spod Tarnowa, który sprzedał chorą krowę, nie posiadał żadnych dokumentów, ...

    Doniesienia o rzekomym powiązaniu z Opolszczyną zarażonej BSE krowy z Małopolski, nie potwierdziły się. Okazało się, że Michał Bajorek, rolnik spod Tarnowa, który sprzedał chorą krowę, nie posiadał żadnych dokumentów, na podstawie, których można by przypuszczać, że matka zarażonej krowy pochodziła z Opolszczyzny.


    Tydzień temu, kiedy w ubojni pod Krynicą lekarze wykryli pierwszy w Polsce przypadek BSE, wybuchła panika. Oliwy do ognia dolały wyznania hodowcy zarażonej krowy, który stwierdził, że matkę zwierzęcia kupił z doborowej hodowli na Opolszczyźnie. Niektórzy natychmiast powiązali ten fakt z ubiegłorocznym wykryciem w naszym województwie choroby Creutzfelda-Jakoba.


    Przypomnijmy, że w Wojewódzkim Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Opolu zmarła na nią 63-letnia mieszkanka Opolszczyzny. Po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu w Prudniku, kiedy leczenie nie dawało żadnych rezultatów, kobietę przewieziono do Opola. Skarżyła się na zawroty głowy i ciężkie bóle. Jednak diagnozę udało się postawić dopiero, bo zbadaniu jej mózgu w Klinice Neurologicznej w Warszawie. Lekarze uspokajają, że był to przypadek statystyczny i nie należy go wiązać z chorą szalonych krów, ponieważ choroba może wystąpić zupełnie bez związku ze spożyciem zakażonego mięsa.


    Michał Bajorek, rolnik spod Tarnowa, który zgodnie z wszelkimi ustaleniami sprzedał handlarzowi zarażoną krowę, stwierdził stanowczo, że matkę krowy kupił na Opolszczyźnie. Po dokładnym przeanalizowaniu sprawy na jaw wyszło, że wszystkie dokumenty były sfałszowane, a krowa nie posiadała ważnego "paszportu", ani oznakowania, co umożliwiłoby dokładne stwierdzenie miejsca jej pochodzenia.
    Bajorek stwierdził, że matkę zarażonej krowy kupił w latach 80. z nieistniejącego już PGR-u. Nie potrafił podać dokładnie miejsca jej pochodzenia, twierdził jednak uparcie, że było to na Opolszczyźnie. Krasula (chora krowa) urodziła się u Bajorka, ale została sprzedana. Rolnik zapewniał też, że jego zwierze nigdy nie jadło żadnych kupnych pasz, a szczególnie mączek. Podobno karmiona była wyłącznie naturalnymi paszami. Jeśli tak, to BSE mogła odziedziczyć po chorych przodkach.


    - Zarówno rolnik, jak i handlarz mylili się w zeznaniach, co chwilę wymyślali coś innego. W tej chwili można stwierdzić tylko, że krowa mogła zostać kupiona wszędzie - wyjaśnia Kazimierz Dubiński, wojewódzki lekarz weterynarii w Opolu.


    Jednocześnie uspokaja on konsumentów z Opolszczyzny i zapewnia, że wszystkie krowy, których mięso jest kierowane do handlu, są dokładnie przebadane szybkim testem tzw. "prionics". Na wyniki testu nie trzeba czekać dłużej niż 48 godzin. Zdaniem wojewódzkiego lekarza weterynarii nie ma możliwości, aby na sklepowe półki trafiało mięso zakażonych krów.


    Podobnego zdania jest Wiesława Błudzin, wojewódzki inspektor sanitarny w Opolu. - Jeżeli nawet do sklepów trafi mięso z nielegalnego uboju, bo i tak może się stać, jest ono badane w trakcie kolejnych kontroli, już w sklepie. Konsumenci powinni więc być spokojni - zapewnia Błudzin.


    W trakcie ubiegłorocznej histerii z BSE, która wybuchła w Europie Zachodniej, z opolskich sklepów inspektorzy sanitarni wycofali wiele kilogramów mięsa, jeżeli nie udało się ustalić miejsca jego pochodzenia. Wyszło więc na to, że kupcom powoli przestaje się opłacać sprowadzanie towaru pochodzącego z kontrabandy.


    - Tyle lat jedliśmy mięso i nic nie było wiadomo o żadnej chorobie. Ja się nie boję. Przecież ta choroba rozwija się kilkadziesiąt lat, więc co mam do stracenia? Jeśli miałam się zarazić, to już się stało. Przecież zanim nie wprowadzili badań, do sklepu trafiało różne mięso. Może teraz jest nawet bezpieczniej - twierdzi Elżbieta Jakimowicz, mieszkanka Opola.


    Z półek opolskich sklepów już ponad rok temu zniknęła też żelatyna pochodzenia wołowego. Zastąpiono ją wieprzową, rybną i drobiową.


    Jednak w dalszym ciągu w obrocie są duże ilości nielegalnego mięsa. Nieustannie trwa proceder kradzieży bydła prosto z łąk. Po uboju, który odbywa się niemal natychmiastowo (nikt nie chce ryzykować wpadki), trafia ono do sklepów. Przeważnie sprzedawane jest w małych budach na targach i bazarach. Na renomowanym stoisku trudniej o takie przekręty.


    Magdalena Nowaczyk, właścicielka sklepu spożywczego, prowadzi też niewielkie stoisko z mięsem i wędlinami.
    - Nie zauważyłam, żeby ostatnio ludzie jakoś mniej kupowali wołowiny. Może jeszcze nie dowiedzieli się o wszystkim. Wydaje mi się, że teraz nie ma co wpadać w histerię, bo obecnie jesteśmy dużo bezpieczniejsi niż kilka lat temu, kiedy nie przeprowadzało się żadnych badań - mówi Nowaczyk. - To jest choroba, która przenosi się genetycznie, a przecież po wojnie do Polski trafiły ogromne ilości zwierząt z zagranicy. Kto teraz dojdzie, skąd one były?
    W listopadzie 200 roku, po wybuchu afery z epidemią BSE w Europie Zachodniej, z polskiego rynku zaczęła znikać zachodnia wołowina. Wówczas w witrynach sklepów masowo zaczęły pojawiać się kartki z napisem "Nasza wołowina dobra, bo polska". Teraz takie hasło nie na wiele może się przydać, a być może jeszcze zniechęci co bardziej przezornych.

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.