Wybierz region

Wybierz miasto

    Na co naprawdę choruje Opolska Regionalna Kasa Chorych

    Autor: Marek Ostrowski

    2002-03-08, Aktualizacja: 2004-12-18 00:56 źródło: Opole

    Dyrektor ORKCh Stanisław Łągiewka narobił strat i powinien wylecieć. Nieprawda, Kasa nie tylko nie ma długów, ale nawet nadwyżkę i Łągiewki czepiać się nie należy.

    Dyrektor ORKCh Stanisław Łągiewka narobił strat i powinien wylecieć. Nieprawda, Kasa nie tylko nie ma długów, ale nawet nadwyżkę i Łągiewki czepiać się nie należy. Takimi oto sprzecznymi informacjami bombardowani są od kilku miesięcy skołowani pacjenci.


    Wojna o Opolską Regionalną Kasę Chorych to nowość, wcześniej w medycznych wojnach brali udział głównie samorządowcy różnych szczebli. Teraz głównym bohaterem batalii na rzecz uzdrowienia opolskiej służby zdrowia stał się dyrektor Łągiewka.


    Medyczne wojny były brutalne, ale kończyły się zawieszeniem broni. Urząd Marszałkowski raz za razem próbował bezskutecznie łączyć Szpital Wojewódzki z Wojewódzkim Ośrodkiem Onkologicznym. Opolski starosta zamknął szpital w Niemodlinie, wyborcy wyrzucili za karę miejscowego burmistrza, a nowy burmistrz po roku szpital otworzył z powrotem. I tak to bicie piany wyglądało.


    Kasa Chorych stała z boku tych wszystkich nerwowych przepychanek. Wyszła z cienia dopiero w grudniu 2001 roku, gdy powiatowe szpitale ogłosiły, że Kasa proponuje im głodowe kontrakty i założyły konsorcjum, by się przed nieludzkim dyrektorem Łągiewką bronić. Potem swoje konsorcjum założyły szpitale wojewódzkie, które wystraszyły się, że szpitale powiatowe dostaną ich kosztem za dużo. Nie trzeba było długo czekać, by SLD ogłosiło, że Łągiewka zarżnął Kasę, bo narobił jej horrendalnych długów (padały kwoty od 40 do 69 milionów złotych). W tych warunkach Sojusz nie miał problemów, by namówić Mniejszość Niemiecką do przejęcia władzy w Radzie Kasy i złożenia wniosku o odwołanie Łągiewki. Wtedy Łągiewka ogłosił nagle, że Kasa ma 4 miliony złotych nadwyżki, a nie 40 milionów straty. No i zaraz pojawiły się komentarze, że wyrzucić należy nie zarząd Kasy, ale Radę, która nie umie liczyć.


    Cud księgowy


    Jakim cudem strata zamieniła się w nadwyżkę? Był to cud natury księgowej - Marek Staszewski, wicedyrektor Kasy do spraw finansowych, ogłosił, że wszystko zależy od sposobu księgowania. Nie wdając się w szczegóły: Urząd Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych żądał od Kasy księgowania w taki sposób, że na papierze wyszła strata. Tymczasem opolska Kasa i kilka innych Kas w kraju chciały księgować inaczej i poskarżyły się na UNUZ Naczelnemu Sądowi Adminstracyjnemu. I NSA przyznało rację Kasom - po przeksięgowania przychodów i rozchodów dług wyparował, a pojawiła sią nadżywka.
    - To zwykły wybieg, nikt rozsądny nie uwierzy w takie pokrętne tłumaczenia - skomentował rewelacje Kasy poseł Jerzy Szteliga, szef SLD na Opolszczyźnie.


    Trochę racji mają obie strony. Pewne jest, że Kasa nie straciła płynności finansowej, bo przecież na bieżąco płaci swoje rachunki. Ale faktem jest też, że wydała więcej niż powinna i w ramach łatania dziury musiała wykorzystać cały uzbierany przez trzy lata fundusz rezerwowy w wysokości 20 milionów złotych (a każda porządna pani domu wie, że pieniędzy na czarną godzinę lepiej nie przejadać w całości).


    Cudowne uzdrowienie finansów Kasy jest pozorne. Może i nie ma strat, ale nie ma już rezerw. Co więcej, bilans wychodzi na plus, ale pieniędzy na leczenie w tym roku dalej jest za mało. Łągiewka przyznał na konferencji prasowej, że na szpitalach musi zaoszczędzić 25 milionów złotych, a na pozostałych usługach kolejne 46 milionów.
    Dlaczego Kasa


    nie ma kasy?


    Łągiewka tłumaczy, że za brak pieniędzy odpowiada Sejm, bo to on ustala wysokość składki na ubezpieczenia zdrowotne, a więc - wysokość przychodów kas chorych. Najpierw UNUZ kazał ORKCh wyliczyć budżet pod składkę w wysokości 8 procent, a potem okazało się, że zostaje stara składka w wysokości 7,75 procent. No i wyszło na to, że wydatki trzeba ciąć, czyli - umowy ze swoimi świadczeniodawcami. Teraz będzie ich namawiać, by zgodzili się na nowe kontrakty, obcięte o 10 procent.


    Dzisiejsze kłopoty to nie wszystko. Cały problem w tym, że opolska Kasa skazana jest to, że będzie jej coraz trudniej opłacić wszystkich lekarzy.


    Dlaczego? Posłużmy się obrazowym przykładem. Wobraźmy sobie rodzinę, która ma duże mieszkanie, kupiła dorosłym dzieciom dwie kawalerki i jeździ na wczasy polonezem. Nagle jedno dziecko wyjechało na Zachód i przestało dokładać do domowego budżetu. Rodzina powinna jedną kawalerkę sprzedać i zacząć oszczędzać. A ona robi coś zupełnie innego: zaczyna remont wszystkich trzech mieszkań i wymienia poloneza na mercedesa.


    Zabrakło planu


    Tak właśnie zachowywali się w ostatnich latach włodarze Opolszczyzny. Według Głównego Urzędu Statystycznego region zamieszkiwać miało prawie 1.100 tysięcy osób, które powinny płacić składki i mieć zapewnioną opiekę medyczną. Po trzech latach okazało się, że opolska Kasa doliczyła się tylko 935 tysięcy pacjentów - nawet jeśli doliczyć 60 tysięcy osób z kasy branżowej, brakuje prawie 100 tysięcy. To ci, którzy albo wyemigrowali, albo pracują w RFN i tam się leczą.
    W tych warunkach włodarze regionu powinni zrobić rzecz najważniejszą: dopasować sieć placówek medycznych do mniejszej liczby pacjentów (niestety, trzeba było część szpitali pozamykać) i możliwości biedniejszej - niż planowano - Kasy Chorych. Tymczasem wybrano zupełnie inną strategię.


    - Każdy powiatowy szpital zachowywał się tak, jakby chciał zostać kliniką - mówi Łągiewka. - Decydowały ambicje dyrektorów i lokalnych władz, a nie ocena potrzeb pacjentów.


    Małe szpitale poszerzały ofertę, a władze regionu myślały o klinice z prawdziwego zdarzenia (nie stać nas na utrzymanie poloneza, ale kupujemy mercedesa). Myślały tak: jak zrobimy kardiochirurgię u siebie, to nasza Kasa nie będzie musiała płacić klinikom ze Śląska.


    - To teoria, bo jak zmusić pacjenta, by wybrał kiedyś kardiochirurgię w Opolu, skoro on chce być leczony w Zabrzu u profesora Religi? - pyta retorycznie Łągiewka. - My go na pewno nie zmusimy, bo Kasa reprezentuje interes pacjentów, a nie szpitali i lekarzy.


    Bodaj jedynym człowiekiem, który usiłował przekonać samorządowców różnych szczebli o konieczności cięć, był wicemarszałek Ryszard Galla, który apelował o to, by "przestać dzielić biedę" i jakoś mądrze podzielić rynek usług medycznych. Ale to jest wołanie na puszczy: żaden dyrektor ZOZ-u nie będzie dobrowolnie zwalniał swoich pracowników, tak jak żaden burmistrz czy starosta nie będzie zamykał swojego szpitala, bo pogonią go wyborcy.


    To kto się odważy?


    Wychodzi na to, że całą tę restrukturyzację powinna wymusić Kasa Chorych, ustalając tak twarde warunki, by spełniły je tylko naprawdę solidne szpitale i przychodnie. Niestety, Łągiewka był za miękki, ulegał naciskom lokalnych polityków i podpisywał kontrakty ze wszystkimi, którzy chcieli. Dopiero teraz, gdy pieniędzy naprawdę zabrakło, próbuje być twardszy. Ale dziś jego pozycja jest słaba, bo jaki szef ZOZ-u będzie się przejmował dyrektorem Kasy, który za chwilę ma wylecieć?


    A dla pacjentów sprawa jest ważna. Sam Łągiewka może ich nie obchodzić, ale powinno im zależeć na twardej polityce Kasy. Bo w tej chwili- gdy brakuje 46 milionów na leczenie pozaszpitalne - wybór jest prosty: albo lekarze zgodzą się leczyć nas taniej (czyli Kasa zmusi ich do obniżenia stawek za pojedynczą usługę), albo się nie zgodzą, co oznacza, że przyjmą mniej pacjentów i kolejki do specjalistycznych gabinetów się wydłużą.
    Bo cudów nie ma, nawet po wyrzuceniu Łągiewki pieniędzy w Kasie nie przybędzie.

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.