Wybierz region

Wybierz miasto

    Nysa : Świstek zamiast kasy

    Autor: Magdalena Roguska

    2002-09-13, Aktualizacja: 2004-12-18 00:14 źródło: Opole

    Od kilku dni przy bramie głównej upadłej Nysy?Motor panuje spory ruch. Byli pracownicy odbierają zaświadczenia o wierzytelnościach. Na świadectwach pracy, które niedawno otrzymali, nie ma ani słowa o długach zakładu ...

    Od kilku dni przy bramie głównej upadłej Nysy?Motor panuje spory ruch. Byli pracownicy odbierają zaświadczenia o wierzytelnościach. Na świadectwach pracy, które niedawno otrzymali, nie ma ani słowa o długach zakładu wobec pracowników. Ludzie boją się, że nie otrzymają zaległych pieniędzy. Tym bardziej, że przypadku niektórych osób są to na prawdę pokaźne sumy.

    Od początku roku pracownicy Daewoo w Nysie mamieni byli pustymi obietnicami. Przez ponad pół roku byli na postojowym i za kilka miesięcy otrzymali 400 złotych. W najgorszej sytuacji znalazły się małżeństwa pracujące w zakładzie. Żeby przeżyć wiele rodzin zapożyczyło się u znajomych i rodziny. Kiedy rozpoczęli strajk okupacyjny władze przekonywały zdesperowanych ludzi, że najlepszym wyjściem dla nich i dla samego zakładu będzie ogłoszenie upadłości.

    - To było dobre wyjście jedynie dla warszawskiego Daewoo. Pozbyli się długów, a my zostaliśmy jak zwykle z ręką w nocniku. Te 16 milionów, które potrzebne były do uruchomienia produkcji to kropla w morzu tych kwot, które potrzebne będą teraz. Ktoś musi zapłacić tym ludziom. Większość nie ma z czego żyć, trzeba dawać im zasiłki, pomóc przeżyć - denerwuje się Józef Pałys, związkowiec z upadłej Nysy.

    Teraz byli pracownicy odbierają zaświadczenia o wierzytelnościach. Właściwie to syndyk masy upadłościowej ma obowiązek spisać wszelkie wierzytelności i przekazać dalej do stosownych urzędów, ale: - Ludzie już nikomu nie wierzą, po tylu kłamstwach, dlatego wolą indywidualnie odebrać zaświadczenia. Zresztą są im potrzebne do urzędu, jeśli chcą starać się o zasiłki mieszkaniowe - wyjaśnia Pałys.

    Zdaniem Jarosława Marczyńskiego, pełnomocnika syndyka masy upadłościowej, który pełni też funkcję dyrektora przedsiębiorstwa w upadłości, na świadectwach pracy nie znalazły się szczegółowe informacje o zobowiązaniach zakładu sprzed upadłości wobec pracowników, bo nie było takiej potrzeby.

    - To nie rzutuje na wysokość zobowiązań, ona zostaje bez zmian. Informacje na ten temat są umieszczone w księgach handlowych upadłej spółki - informuje Marczyński. Dodaje on również, że do tej pory pracownicy otrzymali z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych wynagrodzenie za trzy miesiące pracy.

    - Jednak pełne wypłaty otrzymały tylko te osoby, których wynagrodzenie nie było wyższe od przeciętnego uposażenia krajowego. Osoby, który miały wyższe zarobki, nie otrzymały nadpłaty - dodaje Marczyński

    Pieniądze, które do tej pory zostały wypłacone pracownikom upadłej Nysy to tylko kropla w morzu. Wystarczyło na spłacenie części zadłużenia i zakupienie najbardziej potrzebnych produktów. Jednak rozpoczął się rok szkolny, idzie zima, a pieniędzy nie ma.

    To czy pracownicy otrzymają swoje pieniądze zależy w dużej mierze od kondycji Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Mają do odebrania zaległe odprawy, ekwiwalenty za urlopy, w sumie uzbiera się tego minimum dwadzieścia kilka tysięcy złotych w najskromniejszej wersji. Są jednak i tacy, którzy mają do odebrania znacznie więcej.

    - Ja mam do odebrania ponad 65 tysięcy. Najgorsze jest to, że przepracowałem w tym zakładzie 30 lat, zostawiłem tutaj mnóstwo sił, ale i pieniędzy. Jak budowaliśmy lakiernię to nie wypłacano nam trzynastek, a teraz co mam z tego? Mam ponad 50 lat, gdzie ja znajdę pracę, a rodzinę trzeba utrzymać, jeść trzeba. Nam nie płacą, ale jak człowiek nie zapłaci trzy miesiące za mieszkanie, to bez wahania wyrzucają na bruk. Niech sobie rząd poczeka na swoje pieniądze, bo my nie możemy - krzyczał zdesperowany były pracownik.

    Tymczasem zdaniem Marczyńskiego szanse na to, żeby pracownicy otrzymali w całości należne im pieniądze są niewielkie.

    - Zawsze istnieje możliwość zbywania mienia spółki, ale to jest długotrwały proces. Obecnie rozmawiamy z kilkoma potencjalnymi kupcami. Chcielibyśmy sprzedać zakład w całości - tłumaczy dyrektor.

    Obecnie na terenie fabryki pracuje jeszcze ponad 50 osób, wszystkie otrzymały już wypowiedzenia. Kiedy zakończą montowanie pozostałych 168 polonezów trucków, przestaną być potrzebni.

    - W listopadzie jeszcze raz zrobimy obliczenia i wówczas będzie wiadomo ile osób potrzebnych będzie do prac likwidacyjnych - mówi Marczyński, który podkreśla jednocześnie, że w upadłej spółce w przyszłości może powstać podobny zakład.

    Na razie największym zmartwieniem ludzi osieroconych po upadłej Daewoo, jest znalezienie pieniędzy na dalszą egzystencję. - Powinnam otrzymać jeszcze 33 tysiące brutto, ale liczę najwyżej na 8000 - mówi załamana była pracownica Nysy-Motor. - Te pieniądze zapewni mi fundusz, a pozostałe za przepracowane lata i za zaległe urlopy, to nie wiem z czego mieliby zapłacić?

    Kobieta ma na utrzymaniu dwójkę dzieci w wieku szkolnym. Jest jeszcze starsza córka, ale podczas wakacji udało jej się znaleźć pracę za granicą i tym sposobem zdobyła środki na dalszą naukę. - Nie mam za co kupić dzieciom książek, nie mówiąc już o ubraniach. Syn poszedł do II klasy gimnazjum, a córka do III. Mąż dopiero otrzymał zasiłek dla bezrobotnych, a ja jestem na zasiłku, ale bez prawa do świadczeń - żali się mieszkanka Nysy. - Jak tu dalej żyć, pracy nie ma, syndyk nie chce z nami rozmawiać, zresztą wszystkie rozmowy kończą się na obiecywankach.

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.