Wybierz region

Wybierz miasto

    Osaczony w audicy

    Autor: Marek Ostrowski

    2002-04-05, Aktualizacja: 2004-12-18 00:50 źródło: Dziennik Zachodni

    O czym rozmawia się w opolskich domach przy świątecznym jajeczku? Jak już obgada się całą rodzinę i znajomych, to pojawia się temat widmowych złodziei aut.

    O czym rozmawia się w opolskich domach przy świątecznym jajeczku? Jak już obgada się całą rodzinę i znajomych, to pojawia się temat widmowych złodziei aut. Bo każdy z opolskich Ślązaków zna kogoś, kto padł ofiarą niezwyciężowych polskich jumaków. Opowieści o znikających jak kamfora samochodach to trwała część opolskiego folkloru.


    I trudno się temu dziwić, bo samochód "na białych blachach" (dziś każdy ma takie blachy, ale kiedyś to było COŚ) zawsze był na Opolszczyźnie podstawą sukcesów towarzyskich i uczuciowych. Dla młodych ludzi, którzy wyjechali do Niemiec, ale regularnie wracają w rodzinne strony, autko jest rekwizytem nieodzownym.


    Po pierwsze - nikt nie przyjedzie do rodzinnej wioski autobusem, bo to i daleko, i trochę głupio. Zawsze jakiś znajomy złośliwie zagadnie: - Jeszcze nie masz audicy? Po drugie - nie wraca się do Heimatu, by oglądać "Milionerów". Trzeba ostro poszaleć, zaliczyć parę knajp i - przede wszystkim - dyskotek, które są najlepszymi wypożyczalniami chwilowych narzeczonych. Po trzecie wreszcie - nie ma lepszego afrodyzjaka niż czarne BMW. Każda, no może prawie każda, "nastka" tylko spojrzy i już robi do ciebie maślane oczy.


    Frontowe wspominki


    - Najważniejsze to cały czas pilnować tyłka - wymieniają się radami właściciele aut na niemieckich numerach. - Często namierzają cię już na granicy i dlatego bez przerwy musisz patrzeć, kto za tobą jedzie. Jak są naprawdę dobrzy, to i tak ich nie zauważysz, ale byłbyś głupi, gdybyś nie spróbował.


    - A zanim staniesz na noc, zrób parę rundek - wtrącają się kolejni znawcy tematu. - Pokręć się po okolicy, zaparkuj w kilku miejscach, wejdź do klatki schodowej. Jak jedzie za tobą "ogon", to go zobaczysz. Spłoszyć ich nie spłoszysz, ale będziesz wiedział, że lepiej się nie kłaść.


    "Parkuj ukradkiem" - ta zasada sprawdza się zawsze i wszędzie. Jeśli nie możesz stanąć pod oknem knajpy, baw się gdzie indziej. I na pewno nie siadaj tyłem do okna.
    Czy w tych warunkach można się dobrze zabawić? Oczywiście można, ale pod warunkiem, że któryś z kumpli zgodzi się być trzeźwy jak ogórek. Raz, że i tak musicie mieć kierowcę, dwa, że wtedy to on, a nie ty siedzisz na szpilkach.
    Nie daj Boże, gdy spotkają się koledzy z jednej ławki, co to wyjechali do Niemiec i tylko czasem odwiedzają kumpli. To tak, jakby przy wódce zasiedli rezerwiści, którzy dopiero co wyszli do cywila i nie rozmawiają o niczym innym jak o "dziadkach" i zupakach. Tyle że tym razem opowieści o wrednym kapralu zastępują mrożące krew w żyłach historie o jumakach.


    Najlepszy byłby pitbul...


    Zazwyczaj zaczyna się optymistycznie, od wątku skutecznych sposobów zabezpieczenia bryki. Wiadomo, że autoalarmy i skomplikowane zamki sprawdzają się gdzie indziej, ale w Polsce budzą jedynie pusty śmiech.


    Tu niezbędne są metody niekonwencjonalne. Najlepiej byłoby mieć w aucie psa, dobermana, rottweilera albo śmiertelnie niebezpiecznego pitbula. Jak go dobrze podszkolisz, to nawet teściowej nie będzie chciał do auta wpuścić! Patent sprawdza się jednak tylko teoretycznie. Bo kto będzie brał do wozu pasażera, który wściekle warczy na wypachnione nastolatki?


    Podobno niezłe są słomianki z haczykami na ryby. Jumak usiądzie i nie wstanie. A nawet jak mu się uda, to słomiankę będzie musiał sobie amputować w szpitalu. I dobrze tę przygodę zapamięta, bo będzie to zabieg typu "operacja się udała, ale trwała szesnaście godzin". Metoda ma wadę - jak się człowiek śpieszy do domciu, to może zapomnieć, co ma pod pledem.


    Można zabierać ze sobą akumulator. Sprawdza się w stu procentach. Cały szkopuł w tym, że możesz się tak grzebać, gdy zostawiasz wóz na tydzień w garażu, ale nie wtedy, gdy idziesz w odwiedziny. Przecież nie spytasz gospodyni, czy możesz postawić akumulator w przedpokoju, obok półbutów wujka Helmuta.


    W rezultacie optymizm szybko wyparowuje i debata skręca w stronę przygnębiających opowieści o niknących w mroku autach. We wszystkich tych historyjkach rezygnacja miesza się z niechętnym podziwem. Bo jedno jest pewne - Polak potrafi.


    Samarytanin i inne metody


    Historie prywatne mieszają się z anegdotami oficjalnymi. Ulrich Steffen, który był w Wojewódzkim Ośrodku Metodycznym w Opolu doradcą nauczycieli germanistów, stracił trzy porządne samochody, nim zrozumiał, że do Polski trzeba przyjeżdżać paroletnim gruchotem. Albo Thaddeaus Schaeppe, dziś dyrektor Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach, który kilka lat temu, jeszcze jako szef śląskiej filii Fundacji im. Eberta, przyjechał do Opola na naukową konferencję i stracił limuzynę w kilka minut po tym, jak zaparkował ją na ulicy Krawieckiej.



    Repertuar opowieści o ofiarach jumaków jest bardzo bogaty. Znany redakcji Benek pozbył się passata przez własną naiwność. Zajechał z fasonem na dyskotekę i od razu zaczął się rozglądać za jakąś dziewczyną. Wpadła mu w oko taka jedna, zatańczył z nią raz, drugi. Ale gdy chciał jej postawić "fikołka", stwierdziła, że jest nachalny i poskarżyła się narzeczonemu. Bramkarze czuwali, więc panowie zmierzyli się na zewnątrz. Benek nie dał rady. Gdy próbował zatamować krew z rozbitego nosa, podszedł sympatyczny blondyn i powiedział: - Chłopie, ale oberwałeś. Daj kluczyki, to cię odwiozę.


    Dziś Benek jeździ trzyletnim audi 100 i wzrusza ramionami, gdy ksiądz odczytuje przypowieść o dobrym Samarytaninie.
    Rysiek, dziś Richard, wyjechał do Reichu jeszcze wtedy, gdy można było liczyć na porządny "socjal". Załapał się do roboty, urządził mieszkanie i wtedy ściągnął do siebie Różę, która zaczynała już w niego wątpić. Najbardziej denerwowali ją krewni, którzy z nieszczerą troską radzili, by była dobrej myśli, ale straszyli ją opowieściami o dziołchach, co to czekały jak głupie i się nie doczekały. I dlatego powiedziała sobie, że musi się odegrać. Jak zdecydowali z Richardem, że przyjadą na wakacje w rodzinne strony, zaczęła go namawiać, żeby zmienił auto. Warto było. Jak przyjechali białym mercedesem pod blok, to zbiegły się dzieciaki, a kuzyn, który jeździ favoritką, zsiniał z zawiści. Rozdali prezenty, uściskali krewnych i usiedli przy kawie. Róża brała pierwsze ciastko, kiedy spojrzała w okno i zauważyła: - Patrz, tam jedzie takie samo auto jak nasze. Do domu wrócili autokarem.


    Cena strachu w BMW


    Jeśli właściciela wozu na białych blachach otaczał zawsze wianuszek klakierów, to nie tylko dlatego, że sypał markami. Dla kumpli był uosobieniem sukcesu i chodzącym wyrzutem sumienia - patrz, taki był w budzie cienki, a tak daleko zaszedł. Ten podziw bywał jednak podszyty ironicznym rozbawieniem. Bo gwiazdor z Reichu miał oczy naokoło głowy i widać było, jak bardzo boi się swoje autko. Bywało więc i tak, że koledzy poklepywali go po plecach i i dowcipkowali: - Na co ci wóz, w którym musisz spać? Co ty, ślimak jesteś?

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.