Wybierz region

Wybierz miasto

    Polski wymiar sprawiedliwości ma opinię nieżyciowego

    Autor: Marek Ostrowski

    2002-07-05, Aktualizacja: 2004-12-18 00:28 źródło: Opole

    Coraz głośniej mówi się o nieuniknionym przedawnieniu spraw Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, słusznie uważanej za największą aferę III Rzeczpospolitej.

    Coraz głośniej mówi się o nieuniknionym przedawnieniu spraw Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, słusznie uważanej za największą aferę
    III Rzeczpospolitej. Zwykli ludzie
    dziwią się przepisom - oto wystarczyło,
    że prowadząca sprawę sędzia Barbara Piwnik została ministrem sprawiedliwości, by wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Warto przypomnieć, że także na Opolszczyźnie mamy podobne sądowe paradoksy.

    Najsławniejszą jest sprawa Jarosława W., najbardziej uciążliwego oskarżonego w dziejach Opolszczyzny.

    W lutym tego roku Wydział Śledczy opolskiej Prokuratury Okręgowej skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko temuż Jarosławowi W., zarzucając mu, że między kwietniem 1991 a marcem 1995 roku naciął klientów swojego zakładu jubilerskiego na 86 tys. złotych oraz przygotowywał się do produkcji fałszywych monet o nominale 50 groszy (miał już gotową formę odlewniczą). Na rychły wyrok w tej sprawie nie ma co jednak liczyć. Jarosław W. jest oskarżonym w kilku innych procesach i w ciągu ostatnich paru lat pokazał, że jest prawdziwym mistrzem w ich przeciąganiu.

    Najpoważniejszą z rozpraw, dotyczącą wyłudzenia około 220 tys. złotych bankowych kredytów i przywłaszczenia biżuterii o wartości kolejnych 30 tys., trzeba było po roku zacząć od początku.

    Ekspert od precjozów

    O sprawie Jarosława W. media rozpisują się od dawna. I nic dziwnego, pokazuje ona bowiem ? jak chyba żadna inna ? słabe strony naszego prawa. Także opolscy prokuratorzy przyznają, że ewentualny wyrok skazujący, ogłoszony w wiele lat po nagłośnionych przez media przestępstwach, jedynie w minimalnym stopniu zaspokoi oczekiwania opinii publicznej na sprawiedliwe ukaranie oskarżonego aferzysty. Bo wielkim aferzystą - według prokuratury - Jarosław W. był z pewnością.

    Jako niespełna 30-letni właściciel opolskiego zakładu jubilerskiego zdołał wyrobić sobie markę największego eksperta w regionie. Prokuratura twierdzi, że markę tę wykorzystał bez skrupułów do mnożenia majątku i naciągania dokładnie wszystkich, którzy mu zaufali. Opolskie banki uważały go za zaufanego eksperta, prosząc o wycenę precjozów oddanych jako zastawy kredytów. Jarosław W. miał własne kryteria wyceny. Jeśli wyczuł, że kredytobiorca raczej pożyczki nie spłaci, zaniżał cenę biżuterii, bo wiedział, że bank - chcąc odzyskać choć część pieniędzy - sprzeda mu ją potem po ustalonej przez niego stawce, czyli wyjątkowo tanio. Jeśli jednak o pożyczkę występowały osoby przez Jarosława W. podstawione (bez skrupułów namawiał do tego nie tylko znajomych, ale i krewnych), to "ekspert" zawyżał wartość przyniesionego depozytu, na który zresztą składały się precjoza z jego własnego zakładu.

    Choć proceder ten przynosił mu ogromne zyski, cały czas brakowało mu pieniędzy i w ostatniej fazie swojej działalności zabrać się miał dodatkowo za przywłaszczanie kosztowności klientów. Nic dziwnego, że wiosną 1995 roku wokół Jarosława W. zaczęło się robić gorąco. Jubiler zniknął wtedy jak kamfora.

    Ekspert
    od paragrafów

    Odnalazł się na lotnisku w Moskwie, gdzie na początku 1996 roku dopadł go międzynarodowy list gończy. Po ekstradycji trafił do opolskiego aresztu śledczego, gdzie błyskawicznie dowiódł, że na kruczkach prawnych zna się co najmniej tak samo dobrze jak na złotych pierścionkach.

    Sądowe perypetie Jarosława W. mogłyby się stać kanwą poradnika na temat metod migania się przed rodzimym wymiarem sprawiedliwości. Oskarżony jubiler przetestował chyba każdą z nich, zupełnie nie bacząc na to, że współpraca z prokuraturą mogłaby znacznie skrócić jego odsiadkę.

    - Są ludzie, którzy w takich sytuacjach nie kierują się racjonalną kalkulacją. Może wciąga ich sama gra, może chcą za wszelką cenę, nie patrząc na swoje szanse, dowieść swojej niewinności ? ocenia sytuację jeden z opolskich prawników.

    Jarosław W. najpierw miesiącami polemizował z każdym punktem aktu oskarżenia, następnie usiłował zakwestionować legalność ekstradycji, bo w piśmie wysłanym do władz Federacji Rosyjskiej znalazł... literówkę. Potem zarzucił stronniczość sędziemu i prokuratorowi, żądając odsunięcia ich od sprawy. Nie zostali odsunięci, więc ogłosił, że stracił zaufanie do swojego adwokata. Znalezienie następcy trwało parę miesięcy, bo nikt nie chciał go reprezentować i trzeba było wśród opolskich adwokatów zrobić niemal łapankę. A w międzyczasie Sąd Najwyższy musiał kilka razy przedłużać areszt tymczasowy - czekając na proces, Jarosław W. odsiedział niemal tyle, ile mógłby dostać w ramach wyroku.

    Proces ruszył w końcu we wrześniu 1999 roku, ale dokładnie rok później trzeba go było zaczynać od początku. Jarosław W., w międzyczasie zwolniony z aresztu tymczasowego, nie stawił się na jedną rozprawę z powodu choroby. A na następnej wykorzystał przepis mówiący, że jeśli przerwa między posiedzeniami jest dłuższa niż 35 dni, oskarżony musi się zgodzić na kontynuację procesu. Jarosław W. po prostu się nie zgodził. I - choć osobom postronnym wydaje się to mocno niepraktyczne - całą sprawę trzeba było rozpocząć od nowa.

    Powtórka z rozrywki?

    Choć Jarosław W. zasiadał już na ławie oskarżonych, opolska prokuratura nadal grzebała w jego aktach. Nic dziwnego - gdy szykowała pierwszy akt oskarżenia, musiała się ograniczyć do tych przestępstw, które wymieniła we wniosku ekstradycyjnym.

    By oskarżyć Jarosława W. o inne, wtedy jeszcze słabo rozpoznane czyny, musiała uzyskać zgodę władz Federacji Rosyjskiej (człowiek poddany ekstradycji może być sądzony tylko za te czyny, które były podstawą wniosku o ekstradycję). Rosjanie taką zgodę ostatecznie wyrazili i dzięki temu do sądu trafił wspomniany na wstępie kolejny akt oskarżenia.

    Jest on w dużej mierze oparty na zeznaniach 109 świadków. Teraz trzeba będzie ich przesłuchać na sali sądowej i nakłonić jakoś oskarżonego, by tym razem nie torpedował procesu. I co się dziwić, że prokuratorzy, zamiast cieszyć się z kolejnego zamkniętego śledztwa, mają raczej minorowe miny?

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.