Wybierz region

Wybierz miasto

    Prudnickie getto

    Autor: Marek Ostrowski

    2002-10-25, Aktualizacja: 2004-12-18 00:05 źródło: Opole

    Lokalny tygodnik drukuje w odcinkach powieść Niemca z Białej, który w 1945 roku trafił do niemieckiego getta na ulicy Chrobrego. A Karol Stosiek, były prudnicki radny, zabiega o upamiętnienie gospodarza z Lubrzy, który ...

    Lokalny tygodnik drukuje w odcinkach powieść Niemca z Białej, który w 1945 roku trafił do niemieckiego getta na ulicy Chrobrego. A Karol Stosiek, były prudnicki radny, zabiega o upamiętnienie gospodarza z Lubrzy, który w styczniu 1945 roku pochował 42 więźniów z Oświęcimia, zmarłych lub zabitych w trakcie przemarszu kolumny przez okolice Prudnika. Miasto przypomina sobie o trudnych czasach, gdy Neustadt zamieniał się w Prudnik.

    Książka, autobiograficzna opowieść z elementami fantazji, po polsku nosi tytuł "Lato umarłych snów". Przetłumaczyła ją Anna Myszyńska z Białej. Jej autor, Harry Thürk, też urodził się w Białej Prudnickiej. Przed wojną pracował w Prudniku na kolei, potem, wciąż jeszcze jako młody chłopak, trafił w szeregi Wehrmachtu. W 1945 roku zdezerterował ze swojego czołgu pod Dreznem i, kierując się na Pragę, powędrował w kierunku rodzinnych stron. Razem z dwoma spotkanymi po drodze byłymi żołnierzami szedł przez opustoszałe wioski u podnóża Gór Opawskich. Większość mieszkańców umknęła przed Armią Czerwoną do Czech i dopiero teraz zaczynała wracać do swoich domów.

    - Nim Thürk został ostatecznie wysiedlony do Niemiec, trafił razem z wieloma innymi do getta dla Niemców na ulicy Chrobrego - opowiada Karol Stosiek, znany prudnicki kuśnierz i jeden z liderów miejscowej Mniejszości Niemieckiej. - I choć jego książka to tylko powieść, a nie dokument, to opis warunków życia w getcie jest prawdziwy.

    Między rzeką
    a lufami

    Stosiek, rocznik 1935, dobrze wie, co mówi. Co prawda sam do getta nie trafił, bo jego rodzina pochodziła z wioski Browieniec, ale w getcie była jego żona.

    - Miała wtedy cztery lata, więc pamięta niewiele, głównie głód i ciasnotę - opowiada. - Ale byli tam też jej krewni. Starsza kuzynka chowała się przed Rosjanami za szafą. Nie zawsze się udawało, kiedyś Rosjanie ją znaleźli. Ciotka próbowała jej bronić, to sołdat uderzył ją kolbą w pierś, przez trzy tygodnie była spuchnięta. Ale to była wojna, a na wojnie tych małych zawsze tylko biją i wykorzystują.
    Z relacji świadków (w Prudniku mieszka ich już bardzo niewielu) wynika, że niemieccy mieszkańcy zostali stłoczeni na odcinku połowy ulicy, między rzeką a skarpą, w dolnej części miasta. Żyli po kilkunastu w jednym pokoju, cały czas głodując. Z jednej strony drogę ucieczki odcinała woda, z drugiej ustawione przy wylotach ulic karabiny maszynowe. Podobno były trzy: jeden na trasie z fabryki obuwia do budynku dzisiejszego muzeum, drugi przy tunelu koło muzeum, trzeci koło schodów prowadzących na rynek.
    Strażnicy przepuszczali tylko tych, którzy byli potrzebni do prac porządkowych i mieli stosowne przepustki. Pracy było dużo, bo trzeba było usunąć gruzy i przygotować mieszkania dla przybyszy z Kresów i centralnej Polski.

    Getto powoli pustoszało, bo jego mieszkańcy byli stopniowo poddawani weryfikacji i wysiedlani do Niemiec. Słabły też rygory, pod koniec, w 1947 roku, nie było już tak źle, jak na początku.

    - A wcześniej? Warunki były takie, że co rano wynoszono po dwa, trzy trupy. Ludzie bali się też najść wyrostków, którzy nałożyli sobie biało-czerwone opaski i udawali milicjantów, a naprawdę szukali dziewczyn i cennych rzeczy. Doszło do tego, że ludzie cieszyli się, jak do którejś dziewczyny przychodził Rosjanin, bo wtedy ta nibymilicja się go bała - opowiada Stosiek.

    Ziemniaki
    w mundurkach

    Historię getta Stosiek zna z opowieści, o historię Bernharda Hettwera otarł się sam. W styczniu 1945 roku nie chodził do szkoły, bo w budynku zakwaterowano Niemców uciekających z Nadwołża i lekcji nie było. Dlatego na własne oczy widział kolumny wychudzonych jeńców w pasiakach, których ewakuowano z Oświęcimia przed frontem. We czterech ciągnęli i pchali drewniane wózki, obstawieni przez uzbrojonych strażników na rowerach.

    - Moja babcia i siostra poszły raz do innej wsi. Mijały taką kolumnę i widziały, jak dwóch więźniów podtrzymuje trzeciego. Jak wracały, to ten trzeci leżał już martwy w rowie - wspomina Stosiek.

    Dzieje Hettwera poznał z ust jego syna, swojego rówieśnika, który mieszka dziś w Hamburgu i wytrwale zabiega o upamiętnienia ojca. Było tak - gdy kolumny jeńców zatrzymywały się w Lubrzy, Hettwer, przed wojną działacz chrześcijańskiej demokracji, gotował im baniak ziemniaków w mundurkach i próbował ich karmić. Raz się udawało, raz nie, wszystko zależało od strażników. A jak kolumna tylko przechodziła, to rzucało się więźniom ziemniaki albo chleb przez płot. Ci próbowali je łapać w powietrzu, bo nie wolno im było się schylić, groziła za to kula w łeb.

    Gdy tłum w pasiakach przeszedł na dobre, Hettwer i jego pracownicy (bardzo możliwe, że był wśród nich jakiś polski więzień przydzielony do pracy), pozbierali 42 ciała i pochowali zmarłych w zbiorowej mogile na żydowskim cmentarzu w Prudniku. Jest na to aż ośmiu świadków, co jest o tyle ważne, że Martin Hettwer powołuje się na nich, by przekonać władze Prudnika do zamieszczenia na nagrobku tablicy upamiętniającej czyn ojca. Na razie bezskutecznie, w tej chwili grób zdobi tablica mówiąca wyłącznie o ofiarach, a nie o okolicznościach ich pochówku.

    Co ciekawe, o grobie pamiętają byli mieszkańcy Neustadt. Co roku 15 listopada, gdy w Niemczech wspomina się zmarłych, przyjeżdżają do Prudnika, by złożyć na grobie wieńce i przeprosić za zbrodnie dokonane przez tamto hitlerowskie państwo niemieckie.

    - A co się stało z Hettwerem? - mówi Stosiek. - Rosjanie wywieźli go w głąb Rosji i tam umarł z głodu.

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.