Wybierz region

Wybierz miasto

    Władze skazały Cisek na zatopienie, bo Wrocław był ważniejszy

    Autor: Marek Ostrowsk

    2002-08-02, Aktualizacja: 2004-12-18 00:22 źródło: Opole

    Przed Powodzią Tysiąclecia państwo Grosowie byli największymi przedsiębiorcami w rolniczej gminie Cisek. 8 lipca 1997 roku Odra zamieniła w ruinę cegielnię, w którą włożyli setki tysięcy złotych.

    Przed Powodzią Tysiąclecia państwo Grosowie byli największymi przedsiębiorcami w rolniczej gminie Cisek. 8 lipca 1997 roku Odra zamieniła w ruinę cegielnię, w którą włożyli setki tysięcy złotych. Dziś Henryka Grosa ścigają komornicy, on zaś wytrwale ściga Skarb Państwa, domagając się odszkodowania. Myśli też o tym, by w najbliższych wyborach powalczyć o fotel wójta gminy Cisek i namówić mieszkańców do wspólnej krucjaty przeciw władzy, która skazała ich wszystkich na zatopienie.

    Na razie Gros przegrywa. Wymiana pism z wojewodą opolskim a potem Biurem do spraw Usuwania Skutków Powodzi przy kancelarii Premiera RP zakończyła się fiaskiem. Porażkę przyniosły też boje sądowe ? Sąd Okręgowy w Opolu odrzucił roszczenia Grosów, potem Sąd Apelacyjny odrzucił ich apelację, oddaleniem wniosku skończyła się też próba kasacji niekorzystnego werdyktu. Gros jednak nie rezygnuje, znalazł nowego adwokata, który złożył zażalenie na oddalenie kasacji. Jeśli i to się nie uda, ma zamiar zwrócić się o pomoc do trybunału w Strasburgu.

    - Gdy człowiek uruchamia jakikolwiek zakład, to musi przejść szereg kontroli, choćby zaprosić strażaka, który oceni zabezpieczenia przeciwpożarowe. I dopiero wtedy dostaje zgodę. A ja pytam, czemu pozwolono mi na działalność, skoro było wiadomo, że moja cegielnia nie jest w żaden sposób chroniona przed Odrą? - pyta retorycznie Gros.

    Sprawa ma wiele złożonych wątków, dzieje Grosów to temat na wieloodcinkową telenowelę. Spróbujmy jednak pokrótce opowiedzieć to, co jest w niej najważniejsze.

    Dzierżawca
    zbawca

    Grosowie wydzierżawili cegielnię w Kobylicach pod koniec lat 80., jeszcze za Polski Ludowej. Gros wspomina, że prasa pisała wówczas, że "dzierżawcy są kołem ratunkowym dla upadających zakładów państwowych". I pan Henryk traktował to serio - choć nie był właścicielem, włożył w modernizację firmy sporo pieniędzy. Te inwestycje pomogły mu, gdy na początku lat 90. firmę wystawiono na sprzedaż. Uznano dotychczasowe zasługi dzierżawców i to im oddano cegielnię, która w międzyczasie przeszła z produkcji pełnych cegieł na bardziej popularną dziurawkę.

    Gros stał się przedsiębiorcą pełną gębą, ale konkurencja na rynku była spora, więc cały czas musiał myśleć o poszerzeniu oferty. W 1996 roku, namówiony przez znajomego Niemca, postanowił zainwestować w nowoczesną linię do produkcji kostki brukowej (pomysł był znakomity, bo naprzeciw cegielni działa żwirownia). Przedsięwzięcie trochę się ślimaczyło, bo Powiatowy Urząd Pracy w Kędzierzynie-Koźlu, który miał je wesprzeć kwotą 100 tysięcy złotych (w ramach pomocy firmom tworzącym nowe miejsca pracy) dał tylko 21 tysięcy. Gros wybrnął, zaciągając 65 tysięcy złotych pożyczki w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

    Linia była gotowa 5 lipca 1997 roku, czego nie przegapił agent ubezpieczeniowy, który zjechał do Kobylic, by wstępnie umówić się na spotkanie w sprawie nowego ubezpieczenia (było o czym gadać, bo właśnie wygasały polisy na część stojących już obiektów).

    Umowy nie spisano, bo Odra była szybsza. W trzy dni po oddaniu linii Kobylice, cegielnia Grosów i dwie trzecie gminy Cisek znalazły się 2,5 metra pod wodą.
    Jak wyjść z dołka?

    Gros, człowiek pracujący po 24 godziny na dobę i dający w sezonie pracę 65 osobom, nigdy nie był człowiek podatnym na załamania. Widok firmy zamienionej w ruinę nadającą się tylko do rozbiórki nie odebrał mu woli walki. Jako człowiek praktyczny, obstawił dwa kierunki działania.

    Po pierwsze - już 21 lipca 1997 roku wystąpił do wojewody z prośbą o pomoc przy likwidacji skutków kataklizmu. Swoje straty wycenił wtedy na 1-1,5 miliona złotych. Był to początek długiej i pouczającej korespondencji.

    Po drugie - Grosowie szukali sposobów przetrwania. Ubiegali się o popowodziową pomoc dla małych i średnich firm (była jednak nadzwyczaj skromna - Gros mówi, że "starczyłoby na kserokopiarkę, a nie odbudowę fabryki"), myśleli o uruchomieniu firmy turystycznej. Trudno było jednak rozmawiać z potencjalnymi kooperantami z komornikiem na karku. A komornicy wkroczyli do akcji, bo banki i urzędy zaczęły się domagać zwrotu pożyczonych wcześniej pieniędzy. Grosowie płacili dopóki mogli, w sprawie kredytu a ARiMR podpisali nawet bankowy układ, ale w końcu stanęli pod ścianą i stwierdzili: nie mamy z czego płacić.

    Gros uznał wtedy, że państwo go wyrolowało: nie tylko nie było w stanie ochronić go przed powodzią i nie czuło się w obowiązku wyrównania szkód, ale wręcz rzucało mu kłody pod nogi. To wtedy postanowił, że nie odpuści i będzie o swoje walczył.

    Kto tu zaprosił
    Odrę?

    Wymiana pism z opolskim Urzędem Wojewódzkim optymizmem jednak nie napawała. Grosa poinformowano ostatecznie, że odszkodowania nie dostanie, bo w myśl rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 22 lipca 1997 roku (w sprawie zasad i trybu udzielania odszkodowań za straty spowodowane skierowaniem wód zalewowych w inny obszar w związku z zagrożeniem powodzią), powinien pokazać zaświadczenie, że celowo przerwano wały, by skierować wodę na teren jego cegielni.

    - A jak mogłem dostać takie zaświadczenie, skoro wałów nie przerwano? Bo po co wysadzać wały, których nie ma? - mówi Gros.

    Przez chwilę Gros gotów był zrezygnować, ale - zupełnie przypadkiem - natrafił na artykuł, w którym dyrektor Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych Tadeusz Cygan przyznał, mówiąc o gminie Cisek, że "przed powodzią 1997 roku nigdzie wałów na Opolszczyźnie nie budowaliśmy, gdyż mieliśmy odgórny zakaz". Grosa olśniło i natychmiast poprosił Najwyższą Izbę Kontroli o raport w sprawie powodzi. I tam czarno na białym wyczytał, że wałów nie budowano, bo w 1983 roku ówczesne Ministerstwo Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zakazało budowy nowych obwałowań na Odrze (od granic państwa do Wrocławia).

    I już w kilka dni później gotowy był pozew, w którym Gros domagał się od państwa 1.947 tysięcy złotych wraz z odsetkami. Dla niego jasne było, że państwo - może niebezpośrednio, ale planowo - skierowało wezbrane wody Odry na Kobylice.

    Sąd Okręgowy w Opolu powództwo oddalił. Uznał, że zarzut niewybudowania wałów nie jest powodem do wypłaty odszkodowań, bo trudno rozmawiać o budowlach nieistniejących jako przyczynie szkód. Bo w myśl przepisów trzeba by wskazać obiekt Skarbu Państwa, którego zniszczenie doprowadziło do zalania majątku osoby poszkodowanej. A takowego nie było. Przy okazji sąd stwierdził, że raport NIK, na który powołał się Gros, nie jest dowodem. "Niewątpliwie raport ten jest dokumentem, ale z uwagi na jego treść nie tworzy on zdarzeń, a tym samym nie konstruuje stanu faktycznego, a jedynie zawiera ocenę tego stanu" - czytamy w uzasadnieniu.

    Gros odwołał się do Sądu Apelacyjnego, ale przegrał. Złożył kasacją, ale ta została oddalana. Nie zrezygnował i złożył zażalenie na kasację. Zakłada, że uda mu się cały proces zacząć od nowa. A jeśli nie, pójdzie ze swoją sprawą do Strasburga

    Sam lub - jeśli ostatecznie zdecyduje się zawalczyć o głosy wyborców i ich do siebie przekona - razem z wszystkimi mieszkańcami gminy Cisek, też w końcu regularnie zalewanymi.

    Sonda

    Czy lekarze powinni robić transfuzję wbrew woli umierającej?

    • Tak (62%)
    • Nie (38%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.