Niedziela, 21 Marca 2010 Imieniny: Lubomir, Benedykt, Mikołaj Wyślij kartkę Zaloguj się | RSS


NaszeMiasto.pl >> Opole >> Wydarzenia >> Analiza: Cztery znaki szczególne rządu Donalda Tuska

Analiza: Cztery znaki szczególne rządu Donalda Tuska

Polska Dziennik Zachodni Michał Karnowski

2009-11-18 09:27:31

Trójka - to ocena rządu Donalda Tuska wystawiona mu w dwulecie objęcia władzy przez większość komentatorów. I słusznie. Nikt poza umysłami zaczadzonymi partyjnymi sloganami nie może twierdzić, że to rząd doskonały albo najgorszy po 1989 roku. Prawda o tej ekipie leży gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Ocenę krytyczną wzmacnia niewykorzystanie atutu, jakim jest trwała i stabilna większość rządowa. Niewielu premierów miało komfort tak spokojnego rządzenia jak premier Donald Tusk, bez nerwowego obgryzania palców przy każdym głosowaniu.

Paweł Graś jest rzecznikiem rządu, ale nie lubi tej funkcji (© FOT. WOJCIECH BARCZYńSKI )

Masz zdjęcie do tego tematu? Wyślij »
Na dodatek z możliwością sięgnięcia w wielu sprawach po pomoc jednej z partii opozycyjnych, czyli SLD. Jako częściowe usprawiedliwienie można natomiast wskazać niechętnego prezydenta - zwłaszcza w pierwszym okresie często wetującego ustawy koalicji - oraz światowy kryzys przesuwający punkt ciężkości wyzwań na obronę tego, co jest. Wskutek tych czynników efekt jest średni; ani dramatycznie słaby, ani dobry. I o ile nic się nie zmieni, gabinet Tuska zapamiętamy zapewne jako ekipę administratorów lubiących górnolotne słowa o przebudowie Polski. Ale nie tylko. Gdzieś na uboczu wielkich podsumowań warto dostrzec cechy charakterystyczne tego rządu różniące go od poprzedników.

Komunikacja, czyli po co nam jakiś rzecznik

Odwiecznym problemem wszystkich rządów był ich rzecznik. Dziennikarze zawsze narzekali, że albo wyrasta ponad premiera, albo jest nieudolny. W samym rządzie pozycja polityczna rzecznika, który zazwyczaj nie miał silnego umocowania w danej partii, budziła z kolei zawiść lub niechęć. Zrzucano na biedaka wszystkie błędy, widziano w nim przyczynę niskich notowań. I na początku kadencji rządu Donalda Tuska wydawało się, że również ta ekipa idzie tą drogą. Aż ktoś doznał olśnienia - rzecznika może nie być w ogóle. To znaczy formalnie istnieje, ale de facto go nie ma. Paweł Graś, pełniący obecnie tę funkcję, to po prostu jeden z wielu polityków Platformy mający prawo wypowiadania się w imieniu premiera w dokładnie takim samym stopniu jak pozostali. Nie ma ani większej wiedzy, ani specjalnej ochoty do kontaktów z dziennikarzami, którym daje do zrozumienia, że ta funkcja go upokarza. A premier jak coś ważnego chce przekazać, to robi to osobiście. Dobrze to czy źle? Szczerze mówiąc, bez większego znaczenia. Ale na pewno inaczej niż za poprzednich rządów.

Instytucje, czyli klucz do sprawniejszej władzy

Kolejni polscy premierzy dość szybko przekonywali się, że potęga ich władzy jest w wielu sprawach tylko iluzją. Że administracja państwowa jest bezwładna, a wydanie polecenia nie oznacza jego wykonania. Te rozczarowania były przeżywane na różne sposoby i różnie interpretowane. Od rezygnacji z jakichkolwiek ambicji po wielkie reformy mające państwo usprawnić. Ich cechą wspólną było jednak pragnienie zbudowania własnych lub przebudowy istniejących instytucji.

Żeby działały lepiej jak utworzone w 1998 roku kasy chorych czy potem kolejna ich mutacja %07- Narodowy Fundusz Zdrowia. Czasem, by były bardziej uległe rządzącym, czego ekipa eseldowska oczekiwała na przykład po Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego utworzonej w miejsce Urzędu Ochrony Państwa. Niekiedy chodziło o realizację celu nieosiągalnego w dotychczasowej strukturze państwa, jak rozliczenie z PRL dzięki zbudowanemu przez Akcję Wyborczą "Solidarność" Instytutowi Pamięci Narodowej. Taka była też intencja PiS przy tworzeniu CBA. Ale te emocje i pragnienia są Platformie Obywatelskiej chyba obce.

Niezależnie jak ważny byłby cel polityczny czy obietnica wyborcza deklarowana przez partię Donalda Tuska, nie powstała żadna instytucja do ich realizacji. Żadna nie została też przebudowana. Ani nawet jakoś specjalnie wzmocniona. Wszystko albo toczy się, jak toczyło, albo co instytucja jest po prostu przejmowana przez nową władzę, jak CBA. Tak naprawdę rządy PO wycisnęły dotychczas trwałe piętno na dwóch instytucjach: mediach publicznych, które wskutek najpierw wezwań do niepłacenia abonamentu, a potem zwolnienia z tego obowiązku rzeszy emerytów znalazły się na skraju bankructwa; no i "Krytyki Politycznej", lewicowego środowiska, które uzyskało w Warszawie, decyzją Platformy, ekskluzywny lokal na ulicy Nowy Świat.

Sztuka kompromisu, czyli koalicja może działać

Znaczenie tej zmiany najbardziej chyba odczuwają dziennikarze przez kolejne lata zaznaczający wykrzyknikami w swoich notatnikach terminy oficjalnych narad koalicji rządowych, czyli politycznych przedstawicieli ugrupowań tworzących Radę Ministrów. To był cały rytuał, zawsze oznaczający posiedzenie do późnej nocy. Jeden z reporterów, dziś szef działu opinii jednej z dużych gazet, znany był w czasach koalicji PSL-SLD i AWS-UW z przysypiania w (zimnym oczywiście) kominku przed jedną z sal w ówczesnym urzędzie Rady Ministrów.

Inny, dziś prowadzący prestiżowe rozmowy radiowe, zawsze miał ze sobą fascynującą lekturę historyczną. A każdy - kanapki z domu. Bo spotkania koalicji zawsze oznaczały narady tyleż długie, co puste. Ale trudne do ominięcia, bo okraszone pieprzykiem ryzyka rozpadu tejże koalicji. Koniecznością oczekiwania na kilka bełkotliwych zdań o drugiej w nocy.

Czasem, jak za czasów AWS, było jeszcze gorzej, bo wiele godzin zajmowały obrady poszczególnych frakcji AWS. Co gorsza, jak wspominał Jan Rokita, podawano na nich tylko parówki i nikt, nawet premier Buzek, nie był w stanie tego zmienić. Nieco inny rodzaj życia koalicyjnego toczył się w czasach układu PiS-Samoobrona-%07-LPR. To była mieszanka prawdziwie wybuchowa, ciągle skupiająca uwagę na samej sobie, na tym, czy przetrwa. A teraz? Rządzą Tusk z Pawlakiem, ale gorszące sceny zniknęły. Problemy się w tej koalicji zdarzają, także emocje, ale cywilizowany i cichy sposób ich rozwiązywania jest istotnym wkładem tego rządu w polską kulturę polityczną. O spotkaniach koalicjantów dowiadujemy się wiele dni po ich odbyciu, a trwają nie dłużej niż godzinę. I trudno sobie wyobrazić, by w przyszłości władza, która będzie chciała być szanowana, mogła postępować inaczej.

Sondaże, czyli ludzie dostają, co chcą

Teza o cynicznych politykach kierujących się przy podejmowaniu decyzji sondażami pojawia się od lat. Jednak uczciwie trzeba powiedzieć, że było to raczej echo tego typu zjawisk w rozwiniętych demokracjach niż opis rzeczywistości. Ale rząd Donalda Tuska dokonał tu przełomu. Potrafi być, zależnie od sondaży, jednocześnie ultraliberalny (ciepło o eutanazji, in vitro) i skrajnie konserwatywny (na przykład propozycja kastracji pedofilów). Umie przeczekiwać afery, które w sondażach jawią się jako niegroźne (możliwy konflikt interesów szefa ABW Krzysztofa Bondaryka) i reagować błyskawicznie, gdy sprawa zaczyna być niebezpieczna (seria dymisji po ujawnieniu afery hazardowej). W tej ekipie sondaże są czytane uważnie i inteligentnie. To jedna, choć oczywiście niejedyna, tajemnica wysokiego poparcia dla tej ekipy.

Problem w tym, że metoda jest stosowana nieco zbyt topornie. Bo za dużo już tych obietnic padło, zaczynają pojawiać się pytania o ich wdrażanie, wyłapywane są sprzeczności. I to zaczyna być niebezpieczne, co dostrzegają także niektórzy politycy PO zainteresowani również realnym dorobkiem ich rządów. Ale opozycja, choć w "sondażowość" tej ekipy bije jak w bęben, nie potrafi przekonać Polaków do siebie. Dlaczego? Bo wyborcy chyba czują, że i PiS, i SLD zdarzało się w przeszłości stosować podobne sztuczki. Tyle że mniej skutecznie. Ale spokojnie - nauczą się. I za kilka lat będziemy mówili, że kiedyś, w czasach przedtuskowych bywali u władzy ideowi narwańcy. A potem zaczęła się era technokratów.
strona: 1 z 1

regulamin

ZOBACZ KONIECZNIE

przewiń w lewo przewiń w prawo