Albert "Dragon" Sosnowski 29 maja w Gelsenkirchen stoczy walkę życia z Witalijem Kliczką

Albert "Dragon" Sosnowski 29 maja w Gelsenkirchen stoczy walkę życia z Witalijem Kliczką (© Fot. Grzegorz Jakubowski)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Z Albertem "Dragonem" Sosnowskim, pretendentem do tytułu mistrza świata bokserskiej wagi ciężkiej federacji WBC, rozmawia Robert Małolepszy

Gdy budzi się pan rano, co pan czuje: euforię czy strach?

Różnie. Ale dużo częściej euforię. Zresztą, co mam czuć. Przecież walka o mistrzostwo świata to spełnienie marzeń każdego boksera. Bez względu na wynik już dziś mogę powiedzieć, że wchodzę do historii, tworzę ją. Walka na stadionie piłkarskim, 60 tys. widzów. To już jest wydarzenie.

A strach? Czego się pan boi? Witalija Kliczki? Nokautu? A może kompromitacji?

Znokautowany już byłem. W 2001 r. w walce z Kanadyjczykiem Arthurem Cookiem. To nic strasznego. Po prostu nagle gaśnie ci światło. A potem się budzisz, nic nie pamiętasz i już wiesz, że przegrałeś. A Kliczki się nie boję. To, co czuję rano, to raczej presja. Ale rzadko ją czuję. Bo ja nic w tej walce nie muszę. Jak wygram, to będzie sensacja XXI w.

Ile daje pan sobie procent szans?

Jak to ile? Sto! Ja nie przyjechałem tu przegrać [Sosnowski jest od niedzieli w Gelsenkirchen - red.]. Wyjdę na ring, by wygrać, by spełnić swoje marzenia, by reprezentować Polskę.

Wyczuwam w pańskim głosie irytację...

Bo zaczynają mnie denerwować pytania o szanse. Czego oczekujecie? Że powiem, że wynoszą jeden procent? Ja naprawdę wierzę w to, że mogę wygrać. Jestem w życiowej formie. Nigdy nie miałem tak dobrych przygotowań, tak dobrego trenera, sztabu, sparingpartnerów. Pogadajcie z fizjologiem, który się mną opiekuje.

Rozmawialiśmy. Doktor Bartosz Ochmann z wrocławskiej AWF rzeczywiście mówi, że wyniki pańskich badań wydolnościowych są rewelacyjne. Że codziennie go pan zadziwia. Ale też dodaje, że pański dotychczasowy trening nie mógł stać na poziomie, jakiego wymaga się od sportowców, którzy chcą podbijać świat.

To prawda. Różnie z tym moim treningiem bywało. Prawdę mówiąc, to nigdy nie było tak, jak bym sobie tego życzył. Brakowało pieniędzy na sparingpartnerów, obozy. Z trenerami spotykałem się na miesiąc przed walką. Dziś wiem, że gdybym miał przez całą karierę zapewnioną porządną opiekę szkoleniową, byłbym dużo lepszym pięściarzem.

Ma pan o to żal do swego menedżera Krzysztofa Zbarskiego?

Nie. Razem doszliśmy do walki o mistrzostwo świata. Choćby z tego powodu nie mam prawa mówić o naszej współpracy nic złego.

Nigdy nie miał pan propozycji podpisania kontraktu z innym promotorem, zwłaszcza w czasach, gdy bił pan kolejnych bokserskich "kelnerów", a kariera stała w miejscu?

Nie. Były okresy, że nie miałem ważnego kontraktu z Krzysztofem. Ale wiedziałem, że on mnie nie zostawi, że mogę na niego liczyć. Dziś ta nasza lojalność wobec siebie została nagrodzona. Jestem pewien, że to dopiero początek świetnego okresu w mojej i jego karierze.

Witalij Kliczko ma jakieś słabe punkty?

Witalij to legenda wagi ciężkiej. Trudno szukać u niego słabych punktów. A nawet jeśli one są, to nie oczekujcie, że teraz je zdradzę. Podczas przygotowań do tej walki skupialiśmy się głównie na moim boksie. Na tym, by unikać ciosów Witalija, nauczyć się walczyć z takim dużym facetem. Ćwiczyliśmy zejście z linii ciosu, podejście do rywala. Oczywiście szykowaliśmy też moje akcje przeciwko niemu.

Jakie?

Żartujesz? Mogę tylko powiedzieć, że na pierwszym sparingu Rosjanin Orłow, chłop mierzący grubo ponad dwa metry wzrostu i ważący 120 kg, fiknął na deski aż miło.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!