Gdy Ludovic Obraniak wylądował wczoraj w południe na warszawskim lotnisku Okęcie, chyba sam był zaskoczony, jakie zainteresowanie towarzyszyło jego przybyciu.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Gdy Ludovic Obraniak wylądował wczoraj w południe na warszawskim lotnisku Okęcie, chyba sam był zaskoczony, jakie zainteresowanie towarzyszyło jego przybyciu. Były kamery, mikrofony, dyktafony i pytania przypadkowych gapiów: - Czy to przyleciała jakaś gwiazda Hollywood?

- Cześć - zaczął urodzony we Francji piłkarz, który od wczoraj stał się pełnoprawnym reprezentantem Polski. Przyznał, że to jedyne słowo w naszym języku, które na razie opanował.

Choć jest rozpoznawalną marką w lidze francuskiej i codziennie towarzyszą mu dziesiątki kibiców i reporterów, 24-letni Ludovic wyglądał na onieśmielonego. - Spodziewałem się, że będzie dużo ludzi, ale co innego myśleć, a co innego zobaczyć. Nie pozostaje mi nic innego, jak dać z siebie wszystko i zdobywać punkty dla waszej… dla naszej reprezentacji - mówił piłkarz Lille, który od dwóch lat na własną rękę starał się zdobyć polskie obywatelstwo. W końcu dopiął swego. Jego dziadek przez wiele lat mieszkał w Pobiedziskach w Wielkopolsce. Choć po wojnie wyemigrował do Francji, nie zrzekł się obywatelstwa.

- Muszę na początku prosić o wyrozumiałość, bo nie znam języka polskiego i spodziewam się kłopotów z komunikacją. Z drugiej strony język piłkarski jest uniwersalny, więc na boisku nie powinno być problemów - komentował Obraniak, który na zgrupowaniach będzie mieszkał z Grzegorzem Krychowiakiem, obrońcą Bordeaux, który wobec kontuzji Bartosza Bosackiego dostał powołanie na mecz z Grecją.

Krychowiak również wczoraj przyleciał do Warszawy.

- Nie tylko dlatego, by być tłumaczem Ludovica - żartował.

Początkowo część gapiów pomyliła go… z Obraniakiem. 19-latek, który trenuje w Bordeaux, pojawił się w hali przylotów w skórze i owinięty efektownym szalem. Nie przeszkadzało mu, że temperatura powietrza zbliżała się do 30 stopni Celsjusza. Wyglądał, jakby wyszedł prosto z pokazu mody.

- Tak może nosić się tylko gwiazda - mówiono.

Chwilę później pojawił się Obraniak. Skromnie ubrany, bez zbędnej ekstrawagancji. Widać on strojem nadrabiać nie musi.

- Na razie jestem sam, ale na mecz doleci moja żona - tłumaczył pomocnik Lille.

- Żona? - pytamy.

- Dziewczyna, ale nazywam ją żoną - dodał z uśmiechem. - Rodziców niestety nie będzie, bo pracują.

Nowy reprezentant Polski chętnie pokazywał też do kamery swoje tatuaże. Ma ich na ręku kilkanaście. Każdy coś symbolizuje.

- Czy zrobię sobie nowy związany z Polską? Hm, ciekawy pomysł. Muszę to przemyśleć. Na razie muszę skupić się na grze. Nie wiadomo, jak się zaadaptuję. Dlatego jeśli nie wyjdzie mi jeden czy drugi mecz, nie skreślajcie mnie, tylko oceńcie mnie w dłuższej perspektywie - prosił.

Po pierwszych krótkich wywiadach Obraniakiem zaopiekował się dyrektor reprezentacji Jan de Zeeuw. - Znasz polski? Nie? Zobacz, to coś nas łączy. Jakoś damy radę - żartował Leo Beenhakker, który przywitał zawodnika w hotelu Sheraton, gdzie rozpoczęło się minizgrupowanie przed meczem z Grecją.

I tu na Obraniaka czekały dziesiątki dziennikarzy. Piłkarz obiecał odpowiedzieć na pytania, gdy tylko się przebierze w reprezentacyjny dres. Nie wrócił, bo stwierdził, że musi odpocząć. Trochę podpadł, ale tym razem wszyscy byli wyrozumiali i wybaczyli nowemu reprezentantowi Polski.

Nie potwierdziły się informacje, że Obraniak porozumiewa się tylko po francusku. Okazało się, że w podstawowym stopniu opanował angielski. Wprawdzie wzbrania się jak może przed używaniem tego języka, ale rozumie wszystko, co się do niego mówi. Obiecał, że polskiego też zacznie się uczyć. Wkrótce. - Wynająłem już nawet nauczyciela - chwalił się.

Beenhakker nie wie jeszcze, czy w środę w meczu z Grecją Obraniak zagra od pierwszej minuty. - Zobaczę go i ocenię - uzasadniał selekcjoner.

Zawodnik podkreśla, że nie ma dla niego znaczenia, na jakiej pozycji będzie grał. - Mogę występować w środku pomocy, na lewej, prawej stronie. To decyzja trenera - mówił piłkarz Lille.

W Polsce jest pierwszy raz. Nie miał zbyt wiele czasu, by zobaczyć Warszawę. - W końcu nie przyjechałem tu na wycieczkę. Jeszcze będzie czas, aby wszystko spokojnie obejrzeć. Na razie przeczytałem książki na temat historii i kultury polskiej. Trochę wiem - zapewniał.

Czekamy więc na gole i efektowne asysty. Jeśli strzeli zwycięską bramkę w październikowym meczu z Czechami w eliminacjach mistrzostw świata, wszyscy wybaczą mu, że po polsku umie tylko jedno słowo. Przerabialiśmy już to z Emmanuelem Olisadebe. Oby tylko Ludovic nie skończył jak Nigeryjczyk.




Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!