Dzisiejszy mecz Polski z Grecją w Bydgoszczy (godz. 20.30) będzie również - a może przede wszystkim - starciem dwóch słynnych trenerów. Naszego Leo Beenhakkera z prowadzącym od ośmiu lat Greków Otto Rehhagelem.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Dzisiejszy mecz Polski z Grecją w Bydgoszczy (godz. 20.30) będzie również - a może przede wszystkim - starciem dwóch słynnych trenerów. Naszego Leo Beenhakkera z prowadzącym od ośmiu lat Greków Otto Rehhagelem. Jeden wygrał to, co drugi wciąż... próbuje wygrać - tak można w skrócie zapowiedzieć ten holendersko-niemiecki pojedynek myśli szkoleniowej.

Różnic pomiędzy nimi jest wiele. Zacznijmy jednak od podobieństw. Obu panów łączy podeszły wiek (Leo ma 67 lat, "Rehhakles", jak nazywają go pod Akropolem, aż 71), bogate trenerskie CV. Również słabość do komunikowania się z otoczeniem za pomocą słów powszechnie uznanych za obraźliwe. - Zabieraj pan tę całą menażerię i wyp...alaj do innego hotelu, a najlepiej do innego miasta - usłyszał przed laty od Niemca prezes greckiej federacji.

Chodziło o kilkudziesiącioosobową świtę działaczy, którzy zameldowali się w tym samym hotelu, co przebywająca na zgrupowaniu reprezentacja. Brzmi znajomo? Podobne problemy miał niedawno w RPA Beenhakker. Z tą jednak różnicą, że "apel" Rehhagela poskutkował i od tego czasu nikt już nie zakłóca jego piłkarzom spokoju. Nasz selekcjoner mógł za to tylko kląć pod nosem, obserwując "szampańską" zabawę naszych prominentów z PZPN. Tak oto wróciliśmy do różnic.

Pierwszą i najbardziej istotną są oczywiście wyniki. W zasadzie można napisać, że ma je tylko jeden z nich i nie jest to, niestety, Beenhakker. Po stronie plusów Holendra można zapisać w zasadzie tylko awans do Euro 2008. Fakt, że to dużo, gdy się to jednak zestawi z mistrzostwem Europy wywalczonym cztery lata wcześniej przez Rehhagela, a potem jeszcze przypomni fatalną grę Polaków w Austrii i Szwajcarii...

- Grecy również nie wspominają najlepiej tamtego turnieju [tak jak my nie wyszli z grupy - red.]. Im jednak wszyscy dawno już wybaczyli, bo świetnie radzą sobie w eliminacjach mistrzostw świata - mówi mieszkający przez wiele lat w Grecji były trener reprezentacji Polski Jacek Gmoch.

Obu panów różni także trenerska filozofia. Beenhakker ma wizję tego, jak powinna grać nasza reprezentacja i stara się znaleźć do niej wykonawców. Stąd niezrozumiałe często dla kibiców decyzje kadrowe, pomijanie niektórych piłkarzy kosztem innych, ewidentnie słabszych. Rehhagel odwrotnie.

- Nikt nie powinien zapominać, że rolą trenera jest przystosowanie taktyki do charakterystycznych cech dostępnych piłkarzy - stwierdził w trakcie Euro 2004 w odpowiedzi na zarzuty, że jego zespół gra toporną piłkę, opartą przede wszystkim na defensywie.

O tym, że Niemiec nie jest zafiksowany na punkcie obrony, najlepiej świadczą zresztą czasy, gdy prowadził Werder Brema (lata 1981-1995). Klub ten słynął wówczas w Bundeslidze z szybkiego i ofensywnego stylu.

- Od początku był większym realistą niż Beenhakker. W przeciwieństwie do niego nie jest też zawirusowany południową piłką - uważa Gmoch. - Parę razy próbował oczywiście coś zmieniać, tak by Grecy prezentowali ciut ładniejszy dla oka futbol, ale nie przyniosło to najlepszych efektów. Wrócił więc do kontrolowanej ofensywy - dodaje.

Mało kto pamięta, ale Rehhagel już raz zmierzył się z Beenhakkerem. W pewnym sensie. Na prośbę austriackiej federacji obejrzał nasz mecz z Niemcami podczas Euro 2008, a potem podzielił się swoimi uwagami ze sztabem szkoleniowym naszych rywali. Dodajmy, że nie były zbyt pochlebne.

- Rozumiem, że Beenhakker chciał wbić Polakom do głowy holenderską mentalność. Czy on nie zdaje sobie jednak sprawy, że piłkarze, których ma do dyspozycji, nigdy nie nauczą się grać po holendersku? - cytował go później miejscowy dziennik "Osterreich".

Różni ich jeszcze jedno: odporność na krytykę. - Rehhagel ma w Grecji status półboga, ale to nie znaczy, że jest nietykalny. Co to, to nie, tutejsze media też potrafią człowieka nieźle przeczołgać - uważa Gmoch. - Gdy Niemiec na początku swojej pracy przegrał 1:5 z Finlandią, spadła na niego istna lawina. Swoje oberwał również po Euro 2008, skądinąd słusznie. Na przykład za nadmierne przywiązanie do niektórych piłkarzy. Różnica pomiędzy nim a Beenhakkerem jest taka, że Otto nigdy się nie obraża. Taki już jest. Leo za to trochę sam jest sobie winien. Gdyby po ME przyznał, że popełnił błąd w przygotowaniach i odszedł, to dziś każdy w Polsce wspominałby go z szacunkiem. Został i sam się wystawił na strzał miernotom i zawistnikom - kończy Gmoch.






Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!