- Czuję się winna za swoją lekkomyślność i bezgraniczne zaufanie - mówiła wczoraj Kornelia Marek - Czuję się winna za swoją lekkomyślność i bezgraniczne zaufanie - mówiła wczoraj Kornelia Marek

- Czuję się winna za swoją lekkomyślność i bezgraniczne zaufanie - mówiła wczoraj Kornelia Marek (© fot. Andrzej Banaś.)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Dwa lata dyskwalifikacji, usunięcie z kadry narodowej i wniosek do ministerstwa sportu o wstrzymanie stypendium sportowego - takie kary nałożyła na Kornelię Marek komisja dyscyplinarna Polskiego Związku Narciarskiego. Nie udało jej się jednak ustalić o wiele ważniejszej rzeczy: szczegółów dopingowej afery.

Komisja została powołana do wyświetlenia prawdy o okolicznościach stosowania niedozwolonych środków przez 25-letnią biegaczkę narciarską z Marklowic Śląskich. Sprawa szokowała opinię publiczną, bo Marek była jedyną uczestniczką igrzysk w Vancouver, u której wykryto doping. Stosowała EPO.

Dziś wiemy praktycznie tyle samo, co na początku śledztwa. Czyli nic. Nie udało się wyjaśnić, kto wstrzykiwał zawodniczce syntetyczną erytropoetynę (pobudza wzrost czerwonych krwinek, a co za tym idzie zwiększa wydolność organizmu), kto za nią płacił, kto przemycił ją do Kanady (ostatni zastrzyk Polka miała dostać kilka dni przed startem olimpijskiej sztafety) ani kto o tym wszystkim wiedział. Na pytanie, skąd w organizmie Marek wzięło się EPO, każdy z przesłuchiwanych - ona, trener kadry Wiesław Cempa i fizjoterapeuta Witalij Trypolski - odpowiadał tak samo: nie wiem.

Końcowy raport komisji nie przyniósł więc żadnych rewelacji. Można w nim wyczytać, że "istnieje duże prawdopodobieństwo, że Kornelia Marek świadomie, działając sama lub w porozumieniu z innymi osobami dopuściła się przewinienia dyscyplinarnego polegającego na przyjęciu środka niedozwolonego". Takie wnioski zostały przekazane zarządowi PZN, choć wydaje się, że ani trochę nie przybliżają nas one do prawdy. Teoria, że zawodniczka mogła szprycować się na własną rękę, sama robić sobie zastrzyki i zaopatrywać się w EPO, brzmi wręcz nieprawdopodobnie.

- Jeśli nie ma bezpośrednich dowodów, to musimy opierać się na oświadczeniach ludzi - tłumaczył przewodniczący komisji Zbigniew Waśkiewicz, w "cywilu" rektor katowickiej AWF i wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, odwołując się do zeznań pozostałych reprezentantów. Wszyscy odpowiedzialnością za tę sytuację obciążali Marek, a z zadziwiającą konsekwencją bronili głównego podejrzanego w aferze, czyli Trypolskiego (przyznał, że robił zastrzyki Kornelii, ale zarzekał się, że z dozwolonymi środkami).

Wczoraj rano podjęto ostatnią próbę dotarcia do prawdy. Komisja po raz drugi zaprosiła na posiedzenie główną bohaterkę afery. Liczono, że Marek skonfrontowana z treścią raportu oraz wypowiedziami koleżanek i kolegów z kadry, pęknie. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Przed dziewiątą rano zawodniczka pewnym krokiem i z uśmiechem na ustach weszła do krakowskiej siedziby PZN. - Co powiem? Prawdę - rzuciła do dziennikarzy. To jednak nie była zapowiedź nagłej wolty w śledztwie. - A prawda jest taka, że nic nie brałam - dodała natychmiast.

To samo powtórzyła przed komisją i klincz w śledztwie stał się bolesnym faktem. - Czy prawda kiedykolwiek wyjdzie na jaw? Myślę, że nie, a jeśli już, to na pewno nieprędko - przyznał Waśkiewicz. - My zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Może gdybyśmy mogli stosować tortury, dowiedzielibyśmy się więcej - gorzko żartował.

Pomysł zgłoszenia sprawy do prokuratury odrzucił. - Według mojej wiedzy w takim wypadku zrobić to może osoba poszkodowana, a więc ewentualnie Kornelia. A ona nie ma takiego zamiaru - zdradził szef komisji.

- W raporcie przekażemy PZN wniosek, że w ustawie o sporcie powinien znaleźć się zapis, że każdy przypadek dopingu jest objęty postępowaniem prokuratorskim. W sejmie właśnie trwają prace na tą ustawą, więc to dobry moment na zmiany - argumentował Waśkiewicz.

Po południu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył w Prokuraturze Warszawa-Śródmieście krajowy konsultant do spraw rehabilitacji prof. Marek Krasucki.

Komisja zasugerowała również, by związki sportowe i Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej udoskonaliły procedury postępowania lekarskiego.
- Chodzi tu m.in. o rejestrację, podawanie leków sportowcom, a także o rozwiązanie pewnych niedomówień, byśmy nie spotykali się z sytuacjami, że lekarz kryjąc się za tajemnicą lekarską nie chce powiedzieć, jakie preparaty stosował - wyjaśniał Waśkiewicz.

W tym miejscu działania komisji się kończą, ale nie kończą się perypetie Marek. Dwuletnia dyskwalifikacja to dopiero pierwsza z kar. Kolejne nałożą na nią Międzynarodowa Federacja Narciarska i Międzynarodowy Komitet Olimpijski. - Wierzę, że będę mogła wystartować na igrzyskach w Soczi, wierzę, że świat da mi tę szansę - mówiła wczoraj Kornelia, przepychając się przez napierający na nią tłum dziennikarzy. - Czy czuję się winna? Czuję się winna za swoją lekkomyślność i bezgraniczne zaufanie - odpowiadała, wyszarpując się z plątaniny kabli od kamer i mikrofonów.

Chwilę wcześniej złożyła krótkie oświadczenie, w którym... przeprosiła kibiców. - Przykro mi, że to moja afera jest na pierwszym miejscu, a nie wspaniałe wyniki naszej reprezentacji z igrzysk. Przepraszam za to z całego serca - powiedziała, a mętlik wokół całej sprawy zrobił się jeszcze większy.



Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!