Mała Renatka z ojcem Romanem Biegusem

Mała Renatka z ojcem Romanem Biegusem (© fot. archiwum rodzinne/repr. arkadiusz gola)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Do naszej redakcji trafił niezwykły zbiór listów Romana Biegusa z Kończyc, dzisiaj dzielnicy Zabrza. W 1942 r. siłą wcielono go do Wehrmachtu. Listy pisał do żony z Afryki, gdzie zginął. Służył w Kriegsmarine, niemieckiej marynarce wojennej. Jego brat Franciszek w tym czasie był w wojsku polskim w Anglii.

Listy ojca Romana powierzyła nam jego jedyna córka, Renata Wrota z Zabrza. - Te listy mają wartość dla następnych pokoleń. Chcę je oddać w ręce historyków, ale najpierw ujawnić Dziennikowi Zachodniemu - wyjaśnia Renata Wrota, przekazując nam swoją najcenniejszą pamiątkę.

Odnalezionymi listami interesują się Biblioteka Śląska oraz katowicki oddział Instytutu Pamięci Narodowej.

- Ogromnie się cieszę, że ta korespondencja przetrwała - mówi prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej w Katowicach. - Listy są bezcennym źródłem historycznym. Gdyby trafiły do naszych zbiorów, możemy je nawet wydać. Takie świadectwa pozwalają śledzić ludzkie losy, uwikłane tragicznie w II wojnę światową.

- Listy z Afryki pisane przez żołnierza Kriegsmarine to szczególnie ciekawy przyczynek do złożonych dziejów Ślązaków, walczących na wszystkich frontach. W każdej chwili gotowi jesteśmy pojechać do dysponentki tych listów, gdyby zechciała je nam przekazać. Na pewno zrobimy z nich rzetelny użytek - zapewnia dr Andrzej Drogoń, dyrektor IPN w Katowicach.

Renata Wrota przekazała redakcji cztery listy ojca z przełomu 1942/43 roku i dwa z zawiadomieniem o jego śmierci oraz fotografie. Roman Biegus zginął w wieku 25 lat. Ona miała wtedy 3 lata. Po wojnie wraz z matką nie wyjechały z Polski.

- Kilka listów ojca ocalało tylko dlatego, że wziął je świadek jego śmierci i oddał mamie dopiero wiele lat później. Nie wiem, dlaczego zwlekał. Pewnie bał się wracać do przeszłości. Ojca, który był górnikiem, wzięto siłą wprost z kopalni Biel-%07szowice - za opór groziły wielkie kary, także dla rodziny. Nawet się z nami nie pożegnał - opowiada pani Renata.

Pani Renata najpierw uważała, że to listy osobiste, bo rodzice bardzo się kochali. Sama nigdy ich nie przeczytała, bo nie zna niemieckiego.

Roman Biegus wiedział, że po szybkim przeszkoleniu pojedzie na front afrykański. Gdy dotarł do Tunezji, był bardzo złej myśli. Zastanawiał się, czy przeżyje, bo wielu żołnierzy ginęło. Opisywał trudne warunki bytowe, kłopoty z pocztą, tęsknotę za rodziną i za swoją miejscowością, za małą córeczką. To listy człowieka, dla którego wojna była koszmarem.

Biegus zginął podczas bombardowania, próbując odeprzeć atak samolotów. Marzeniem jego córki jest odnalezienie grobu ojca w Tunezji i złożenia na nim bukietu polnych kwiatów z wytęsknionych przez niego Kończyc.

Niech te listy służą historii


Mimo upływu lat, wciąż znajdują się świadectwa, które rzucają nowe światło na historię Śląska. Tak jak listy marynarza Kriegsmarine z czasów II wojny światowej, które przekazała nam jego córka, Renata Wrota z Zabrza. Roman Biegus był zwykłym górnikiem, mieszkał w polskich przed wojną Kończycach. Jesienią 1942 został zatrzymany na dole w kopalni i siłą wcielony do niemieckiej armii. Trafił do marynarki.

W listopadzie 1942 roku Hitler, po wylądowaniu aliantów w Algierii i Maroku, kazał koncentrować ogromne siły w Tunezji. Wiedział, że alianci będą zdobywać Tunis jako bazę wypadową na Sycylię i Włochy. Biegus, po byle jakim przeszkoleniu, stał się z górnika marynarzem. Na tej służbie pisał rozpaczliwe listy. Żołnierze wiedzieli, że są skazani na klęskę.

Córka Biegusa zdecydowała się ujawnić te listy po naszym artykule "Miłość na sromotnej wojnie" ("PDZ" 3 września br.), opowieści o młodym Ślązaku w niemieckiej armii, który pisał do żony z frontu francuskiego. Tam zginął. Jego wszystkie listy opublikował katowicki oddział Instytutu Pamięci Narodowej.

- Mój ojciec też nie chciał wojny ani faszyzmu, kochał swoją piękną żonę, miał małe dziecko. Ich losy były bardzo podobne; to spotkało zresztą wielu ojców śląskich rodzin. Latami bano się o tym mówić - wspomina Renata Wrota. Polacy mogli być dumni ze swoich ojców, którzy zginęli na wojnie. Ślązacy nie mieli tej pociechy. Mało kto w Polsce rozumiał, że za odmowę służby w Wehrmachcie cała rodzina rekruta trafiała do obozu koncentracyjnego.

Treść pożółkłych listów pisanych ręką ojca aż dotąd była dla pani Renaty tajemnicą. Jej matka Maria nie tłumaczyła córce, %07o czym po niemiecku pisał ojciec. Treść listów mieszkanka Zabrza poznała dopiero teraz, po prze-tłumaczeniu ich przez naszą redakcję. - To prawda o tych czasach. Zawsze wierzyłam mamie, która mówiła, że ojciec był dobrym człowiekiem, nienawidził wojny - zaznacza pani Renata.

Maria Biegus, żona marynarza, nie była pewna, gdzie zginął i spoczywa jej mąż. W oficjalnym zawiadomieniu o jego śmierci, pisanym na maszynie, popełniono błąd podając nazwę nieistniejącej miejscowości. Zachował się jednak odręczny list dowódcy, gdzie ta nazwa pisana jest inaczej. Trudno ją odcyfrować, ale redakcji się udało.

Biegus zginął koło Tunisu i został pochowany w Pont du Fahs nad rzeką Oued Meliane, a nie w Pont du Jajs, jak podaje maszynopis. W Pont du Fahs było lotnisko, które w czasie wojny przechodziło z rąk do rąk; około 60 km od morza. Biegus zginął tutaj zaledwie w kilka dni po dotarciu do Afryki. Dzisiaj znajduje się tam nieduży cmentarz.

Losy tych listów są zaskakujące. Większość z nich zaginęła, przetrwały tylko te, które pewnego dnia, długo po wojnie, przyniósł Marii mieszkaniec Bytomia, kolega Biegusa, również Ślązak wcielony do niemieckiej armii. Okazało się, że zapisane kartki zabrał po śmierci Romana. Zamierzał oddać je bliskim, długo jednak zwlekał. Nie wiedział, jak rodzina go przyjmie. - Rozumiem go. O wojnie wtedy się nie rozmawiało, nie mieliśmy pamiątek, mało wiedziałam o ojcu - przyznaje pani Renata. - Mama została żoną młodszego brata ojca, Franciszka, który wrócił po wojnie z polskiego wojska w Anglii. Byliśmy w trudnej sytuacji, bo i Wehrmacht, i powrót z Anglii były źle widziane, wiele osób na to donosiło. Nie mogę zrozumieć, co takie donosy im dawały. Byliśmy skromną rodziną.

Służba bezpieczeństwa specjalnie interesowała się rodzinami byłych wehrmachtowców, a także uczestnikami wojsk polskich na Zachodzie. Biegusowie byli więc podwójnie na celowniku, a chcieli spokojnie żyć. %07- Mama odzyskane listy od ojca zachowała. Powinny służyć historii - dodaje córka.

Cztery listy są z przełomu 1942/43 roku. Roman Biegus nie zdążył ich wysłać albo wróciły, bo poczta szwankowała. Pisze je młody rekrut, który nie ma pojęcia o marynarce, ale wie, że posyłany jest na śmierć. Listy są pełne smutku i czarnych myśli, pisane ładnym pismem, bez błędów. Roman martwi się sytuacją żony i córki. Pierwszy list z 30 grudnia 1942 roku jest z Niemiec, ale Roman pisze: "Spodziewamy się wyjazdu gdzieś dalej", opowiada o przygotowaniach do drogi. Życzy Szczęśliwego Nowego Roku, a będzie to rok jego śmierci. Kolejny list z 10 stycznia 1943 roku jest już z Włoch. Autor wie, że to krótki postój, czeka ich Afryka. Nastrój ma fatalny, jest pełen pesymizmu, nie wie, po co ta wojna. Zastanawia się: "Kto z nas zostanie przy życiu?" Dostrzega urok włoskich pejzaży, bo wyjazd się opóźnia. Tym bardziej, wobec tego piękna, obawia się śmierci. Trzeci list z 14 stycznia pisze nadal z Włoch, podaje różne szczegóły bytowania. Bardzo tęskni. "Myślę i śnię o Was" - donosi.

Ostatni raz pisze 19 stycznia z Afryki, nie ma nazwy miejscowości. Są tutaj od 16 stycznia, poczta źle działa. Czuje wielką samotność i rozpacz. Ten twardy górnik zwierza się: "Zacisnąłem zęby, żeby nie płakać". Zaklina żonę, żeby pisała. Trzy dni później ginie.

Do Kończyc nadchodzi list od podporucznika o nazwisku Montag. Zawiadamia "drogą panią Biegus", że jej mąż stracił życie, gdy w małej grupie konwojował jeńców. Wtedy nastąpił atak bombowy, który dzielnie odpierał. Był ranny, w końcu poległ śmiercią bohatera. - Mamie po śmierci ojca bardzo ciężko się żyło, a nigdy nie chcieliśmy wyjeżdżać z Polski. W latach wdowieństwa zarabiała haftem, potem, za namową babci, wyszła za Franciszka. Braciom inaczej ułożyło się życie, lepiej było do przeszłości nie wracać. Ale ja chcę, żeby pamiętano o moim ojcu. Też był ofiarą nazizmu i wojny - wspomina pani Renata.

Listy okazały się bardzo ciekawe dla historyków. Relacje Ślązaków z Wehrmachtu z walk w Afryce, w dodatku z marynarki wojennej są mało znane. Ciesząc się z nich, badacze apelują, żeby rodzinnych papierów na wyrzucać na śmietnik, ale przekazywać je archiwom. - Jesteśmy wdzięczni ludziom, którzy tak robią - zapewnia prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej w Katowicach.


Różne drogi Górnoślązaków

Z historykiem prof. Zygmuntem Woźniczką rozmawia Grażyna Kuźnik


Ocalone cudem listy Ślązaka z polskich Kończyc, który zginął na froncie afrykańskim, to ciekawa lektura dla historyka?

Dla innych Czytelników również, zwłaszcza dla tych, którzy może nie wiedzą, jaka była prawda o przymusowych wcieleniach do Wehrmachtu. Listy wprost mówią o tym, co nazywamy śląską tragedią.

Po wybuchu wojny do armii niemieckiej wcielono 33 roczniki Górnoślązaków. Nic nie mogło tych wcieleń powstrzymać; ani polskie pochodzenie, ani ojciec w powstaniu śląskim czy krewni w siłach zbrojnych na Zachodzie.

Gdy Erwinowi Rommlowi, niemieckiemu feldmarszałkowi w czasie II wojny światowej, doniesiono, że wielu Ślązaków śpiewa polskie pieśni jadąc na front, stwierdził, że gówno go to obchodzi. Liczy się tylko to, że dobrze się biją. Niemcy wkraczając na polski Górny Śląsk uważali, że wracają do macierzystych ziem i mogą stąd brać rekrutów bez ograniczeń. Wcielono około 200 tys. mężczyzn. A to, że w ich armii nie będzie samych rdzennych Niemców, nie było przeszkodą. W ich wojsku znajdowały się wszystkie nacje; od europejskich po azjatyckie.

Roman Biegus trafił do Kriegsmarine, a jego brat Franciszek do wojska polskiego w Anglii.

Różne drogi prowadziły Górnoślązaków do wojsk alianckich. Mogli się tam dostać jako jeńcy, mogli zdezerterować z Wehrmachtu. Zawsze jednak ogromnie ryzykowali, bo gdyby zostali schwytani przez Niemców, byliby potraktowani jak zdrajcy. Ale Ślązacy przechodzili na drugą stronę, z nich właśnie gen. Anders uzupełnił swoje wojska pod Monte Cassino. W historii zapisał się 304. Dywizjon Bombowy Ziemi Śląskiej Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii czy 24. Śląski Batalion Piechoty, złożony prawie w całości z uciekinierów z armii niemieckiej. Ślązacy chcieli walczyć również w u gen. Berlinga, ale taką szansę NKWD dawało nielicznym chętnym. Ślązaków można było spotkać na wszystkich frontach, po obu jego stronach.



Ocalić pamięć



Drodzy Czytelnicy, jeśli posiadacie pamiątki, listy, zdjęcia dokumentujące losy Ślązaków w XX wieku, skontaktujcie się z naszą redakcją, a my przekażemy je historykom. Nie pozwólmy, by świadectwa naszej historii przepadły.

Czekamy na Wasze sygnały:

g.kuznik@dz.com.pl,

tel.: (032) 634 21 54

alert@dz.com.pl

Polska Dziennik Zachodni Media Centrum, ul. Baczyńskiego 25a, 41-203 Sosnowiec.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!