Dramatyczna bitwa najsilniejszych lekkoatletów świata na Stadionie Olimpijskim w Berlinie zakończyła się zwycięstwem Amerykanina Christiana Cantwella. Wicemistrzem świata jest triumfator z igrzysk w Pekinie Tomasz ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Dramatyczna bitwa najsilniejszych lekkoatletów świata na Stadionie Olimpijskim w Berlinie zakończyła się zwycięstwem Amerykanina Christiana Cantwella. Wicemistrzem świata jest triumfator z igrzysk w Pekinie Tomasz Majewski. - Jestem wściekły, teraz będę tłukł Cantwella, gdzie tylko się da - rzucił rozsierdzony Majewski. - Chcesz mnie pokonać? To może znów mi zrzucisz kulę na nogę? - drwił Amerykanin. - Następnym razem będzie cięższa - rewanżował mu się nasz potężny atleta.

Obaj uśmiechali się, gdy na konferencji prasowej prawili sobie uprzejmości. Kilka minut później podszedłem do Cantwella. Jest wielki jak Obeliks, ironiczny i zabawny, gdy chce, ale na pytanie o rewanż z Tomaszem, bo Polak chce jak najszybciej dobrać się do skóry Christiana, odpowiedział zirytowany: - Niech spróbuje. To ja jestem mistrzem, stoję na szczycie. Chce się wspinać? Proszę bardzo. Podejdź i zabierz mi medal! - mówiąc to, wyciągnął przed siebie wielką łapę w zapraszającym geście. Tomka nie było już wtedy w pobliżu - poszedł na kontrolę antydopingową.

Pokoju w kuli nie będzie więc teraz przez długi czas. Amerykańska armada pojawiła się w Berlinie z najcięższymi działami na pokładach. Trzy pancerne fregaty (Cantwell, Reese Hoffa i Adam Nelson) potrafią wypluć kule miażdżące wrogów z odległości nieosiągalnej dla kogokolwiek innego - ich rekordy życiowe daleko przekraczają 22 metry. Dla porównania - najlepszy wynik Tomasza to 21,95.

A jednak amerykańska artyleria szwankowała w sobotę rano podczas kwalifikacji. Prochu brakowało Hoffie, który nie uzyskał kwalifikacyjnej odległości (20,30 dawało gwarancję), a do finału wszedł dlatego, że liczyło się 12 najlepszych wyników. Majewski już w pierwszej próbie uzyskał 21,19 - najlepszy poranny wynik.

Wieczorem amerykańscy artylerzyści byli skuteczniejsi. Po pierwszej salwie żeliwnymi kulami prowadzenie objął Cantwell, Polak był tuż za nim. Kanonada w drugiej serii zakończyła się wybuchem złości Tomasza. Klął na czym świat stoi także w trzeciej. W czwartej Polak huknął potężnie %07- na 21,68. Był pierwszy. W tym czasie dramat przeżywali dwaj Amerykanie. Mistrz świata sprzed dwóch lat, Hoffa, nie mógł wstrzelić się w dawną formę. Mistrz sprzed czterech lat, Nelson, przypominał bardziej łyżwiarza figurowego niż potężnego kanoniera, który z uporem maniaka na betonie próbuje wykręcić potrójnego rittbergera. W całym konkursie zaliczył tylko dwie próby %07- resztę palił.

Nikt nie mógł mieć już chyba wątpliwości, że sprawa złotego medalu rozstrzygnie się między Cantwellem a Majewskim. W piątej próbie Polak wypalił jak z czterotonowej kolubryny - 21,91, to tylko o cztery cm bliżej od rekordu życiowego. Hoffa westchnął głęboko, Nelson zakrył głowę ręcznikiem, Cantwell klepnął w olbrzymie łapska, strząsając nadmiar magnezji. Chwycił kulę i ułożył ją sobie przy uchu. - Wiedziałem, że mogę go pobić i zrobiłem to! %07- powiedział później "Polsce The Times" Amerykanin.

W sobotę wieczór to on był poza zasięgiem rywali. Zatopił marzenia o złocie Majewskiego pchnięciem na 22,03. Cantwell jest silniejszy od Polaka: leżąc na ławeczce, wyciska 288 kg (Tomasz 205 kg). Pcha też inną techniką (obrotową). Majewski miota z doślizgu - w ten sposób wykorzystuje swój atut: 204 cm wzrostu. Porażka z Cantwellem to nie wstyd i wszystko wskazuje na to, że najbliższe lata będą należały właśnie do Tomka. Jako jedyny na świecie już od ośmiu lat robi co roku postępy. - Musi poprawić tylko trochę technikę i będzie go stać na 22,20 - zapewnia trener Henryk Olszewski.

W sobotę wieczorem Tomasz smętnie poczłapał na kontrolę antydopingową, był rozczarowany, zły i zmęczony. Wstał o 5.30. Zjadł, zrobił rozgrzewkę, potem wygrał eliminacje. Po południu trochę spał, trochę zjadł i wieczorem znów przejechał pół Berlina na Stadion Olimpijski. W sześć pchnięć włożył całą siłę. Zdobył srebrny medal. Nie udało mu się przełamać fatum, jakim jest statystyka mówiąca, że lider światowych tabel (a Majewski z wynikiem 21,95 prowadził przed przylotem do stolicy Niemiec) nigdy nie zdobył tytułu mistrza świata.

Cantwell tryskał humorem. Dokuczał Tomkowi, że podczas mityngu w Barcelonie zrzucił mu na stopę kulę. Wówczas Amerykanin ryczał z bólu. Zdaniem Polaka to był wypadek i kontuzję spowodował chłopiec, który miał podawać kule. - To on mi ją zrzucił. Wtedy ja cierpiałem. Dziś ucierpiała ambicja Tomasza - podsumował aktualny mistrz świata.

Teraz będę go ciągle nękał

Z Tomaszem Majewskim, wicemistrzem świata w pchnięciu kulą, rozmawia w Berlinie Oskar Berezowski


Rozczarowany, wściekły czy usatysfakcjonowany?

Jestem wicemistrzem świata, to mało? No dobra - dla mnie mało! Tak, jestem rozczarowany, zły na siebie, bo nie powalczyłem do końca. Miałem jeszcze ostatnią szansę, szóste pchnięcie, mogłem odebrać Cantwellowi prowadzenie i nie wykorzystałem tego.

Trzeba było pchnąć ponad 22 metry. Żaden Polak jeszcze tego nie dokonał, może to jest jakieś usprawiedliwienie?

Jakie usprawiedliwienie? Byłem przygotowany na najmocniejszy konkurs w historii tej dyscypliny, chciałem walczyć, ale ostatnia próba nie była udana technicznie. To co, że trzeba było pokonać barierę 22 metrów? Ja chciałem tu przekroczyć tę barierę. To jest kula, tu trzeba napier...!

Taki wynik jak Cantwella odbiera wiarę w siebie przed ostatnią próbą?

Jego 22,03 zabolały, ale nie przyjechałem do Berlina, żeby się rozklejać po mocnym pchnięciu rywala.

W skali pana złości teraz jest ona najwyższa w karierze?

A skąd!

Klął pan już na płycie stadionu po nieudanych próbach. Wyglądał pan momentami na wściekłego.

A jaki miałem być. Straciłem k... prowadzenie! Uciekł mi złoty medal, to chyba mam powody do złości.

Na Cantwella czy na siebie?

Na siebie i niego. W końcu to on mi zabrał ten medal w ciągu kilkunastu sekund. Ale bez przesady, nie uduszę go... ma za gruby kark. Do końca sezonu zamierzam go jednak nękać. Będę temperował jego zadowolenie z tytułu mistrza świata. Chcę wygrać finał IAAF, a potem zostać mistrzem świata w hali. Tak, chcę być mistrzem świata. Tu miałem nim zostać.

To może są pozytywne strony tytułu wicemistrza. To pana zmobilizuje do walki.

Pozytywne strony?! No proszę cię! Tak naprawdę reszta sezonu to kwiatek do kożucha. Wszystko, co było ważne w tym roku, wydarzyło się w sobotni wieczór w Berlinie. Reszta to tylko dodatek, nagrody pocieszenia. Nie jestem minimalistą, nie będę teraz mówił: ach, srebro też jest słodkie.

Nie cieszy pana tytuł wicemistrza świata. Wielu dałoby się za taki medal poćwiartować.

Byłbym głupi, gdybym powiedział, że to nie jest ważne, bo pokonałem naprawdę wielu wybitnych kulomiotów. Konkurs był na wysokim poziomie, choć myślałem, że będą jeszcze lepsze wyniki. Jestem dobrze przygotowany fizycznie. Wynik 21,91 metra to potwierdza. Gdy w piątej próbie tyle uzyskałem, pomyślałem przez chwilę, że ich dobiłem. Christian był jednak świetnie przygotowany. To wielki zawodnik. Słowa uznania należą się też Ralfowi Bartelsowi. Już po kwalifikacjach wiedziałem, że będzie niebezpiecznym rywalem.

Po kwalifikacjach wydawało się, że pan jest poza zasięgiem rywali.

Miałem taką nadzieję. Jednak nie wyszło. Rano chodziło mi o to, żeby pokazać przeciwnikom, że jestem mocny. Niech się zastanawiają, na ile mnie stać. Taki niezły początek zawsze pomaga, a nuż siądzie im na głowę. Taktyka była dobra. Cóż, jeszcze żadnemu mistrzowi olimpijskiemu w kuli nie udało się zostać następnie mistrzem świata. Miałem nadzieję na przełamanie tej tradycji.


Brązowa niespodzianka



Tak jak wszyscy czekaliśmy na medal Tomasza Majewskiego, tak pewnie nikt nie liczył na polski krążek lekkoatletycznych MŚ w siedmioboju. Wczoraj jednak o niespodziankę postarała się Kamila Chudzik, zdobywając w Berlinie brązowy medal w tej konkurencji. Pierwsze miejsce zajęła Brytyjka Jessica Ennis, a druga była Niemka Jennifer Oeser.

O tym jak wielki sukces osiągnęła nasza reprezentantka świadczą miejsca w poprzednich ważnych startach. Chudzik była dopiero 22 w poprzednich MŚ w japońskiej Osace, a w Pekinie na ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich - 16. Ostatnią konkurencją rywalizacji w siedmioboju był wieczorny bieg na 800 metrów. Przed nim Polka zajmowała drugie miejsce. Bieg był bardzo dramatyczny, bo w pewnym momencie upadła Niemka Oeser, jednak się pozbierała i obroniła srebrny medal. Polka, aby zdobyć brąz, nie mogła być później na mecie niż osiem sekund za mistrzynią olimpijską, Ukrainką Natalią Dobryńską. Przybiegła za nią ze stratą 6,36. Ostatecznie zawodniczka AZS AWFiS Gdańsk o 27 punktów wyprzedziła swą ukraińską rywalkę.

Dla nas wyczyn Chudzik był wiadomością dnia, ale sportowy świat żyje nowym niesamowitym rekordem globu Usaina Bolta. Jamajczyk przebiegł 100 metrów w czasie 9,58! Rok temu w Pekinie Usain pokonał ten dystans w 9,69, co też było rekordem świata. Wczoraj inni znów oglądali jego plecy. Drugi był Amerykanin Tyson Gay (9,71), a trzeci - rodak Bolta, Asafa Powell (9,84 ).

W poniedziałek wieczorem Anna Rogowska z Moniką Pyrek staną do walki o medale w skoku o tyczce. Rogowska bardziej od Jeleny Isinbajewej boi się o swoją skręconą kostkę. Faworytką jest Rosjanka. Polki mają jednak szanse nawet na dwa kolejne miejsca na podium.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!