Kiedy Miles Davis, legenda jazzu, usłyszał jego grę, zawołał: "Dajcie mi tego pieprzonego polskiego skrzypka!". I zagrali razem. Z Michałem Urbaniakiem, który nową płytą oddaje hołd wielkiemu muzykowi, rozmawia Ola Szatan.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
O pana najnowszej płycie "Miles of Blue" mówi się już, że to szczególne wydawnictwo.

Dla mnie nawet bardzo szczególne, bo to podkreślenie pewnego etapu w życiu. Przez większość kariery artystycznej miałem świetne wyczucie do młodych talentów. Znaczna część moich muzyków grała z Milesem Davisem lub Weather Report czy Joe Zawinulem. Marcus Miller, Omar Hakim, Bernard Wright, Don Blackman, Anthony Jackson, Kenny Kirkland i inni... Nigdy nie zwracałem uwagi, aby mieć wielkie nazwiska na swoich płytach, a raczej świetnych muzyków. Czas jednak zrobił swoje i moi ongiś młodzi muzycy stali się wielkimi nazwiskami.


"Miles of Blue" to pana hołd dla albumu "Kind of Blue"- płyty Milesa Davisa, którą wiele osób uznaje za arcydzieło.

Kiedy zorientowałem się, że 17 sierpnia mija pięćdziesiąt lat od czasu wydania "Kind of Blue" - postanowiłem upamiętnić tę płytę, która jest najpopularniejszą, najbardziej znaną i najlepiej sprzedającą się płytą w historii jazzu.

Gdybym miał kiedykolwiek trafić na bezludną wyspę, to właśnie tę płytę zabrałbym jako jedyną.


Dlaczego dopiero teraz postanowił pan nagrać ten album?

Kiedy Miles Davis zmarł, miałem przygotowanych kilkanaście utworów w swoich aranżacjach, ale jak zobaczyłem, że każdy nagrywa płytę Milesa Davisa, postanowiłem wycofać się z tej niezdrowej konkurencji.


I poczekać na swój moment? Skąd takie uwielbienie dla Milesa Davisa?

Po raz pierwszy Milesa Davisa usłyszałem go, będąc czternastolatkiem, wirtuozem skrzypiec w łódzkiej szkole. Kiedy w 1959 roku usłyszałem "Kind of Blue", a moja ukochana mama kupiła mi saksofon, zacząłem codziennie z tą płytą grać na saksofonie. Miles stał się wtedy dla mnie następcą Winnetou, moim bohaterem.


Bohaterem? Dlaczego?

Dlatego, że strasznie mi się spodobał. Zakochałem się w dźwięku jego trąbki i jako artysta, wtedy jeszcze klasyczny, miałem marzenia, żeby grać tego typu muzykę, jaką gra Miles.


Marzył pan o podobnej karierze jak Davis??

Owszem. Muszę jednak powiedzieć, że Miles był odważniejszy i tego mu zazdroszczę do dziś.


W jakiej kwestii był odważniejszy: artystycznej czy prywatnej?

Każdej! U nas to wszystko jest powiązane. Muzyka to życie, życie to muzyka. U mnie życie kreuje muzykę i odwrotnie. Dotyczy to wielu wydarzeń w życiu. Z muzyką chociażby powiązane były podróże czy zmiana zamieszkania. Jeśli zaś nie z samą muzyką, to z kobietą. A kobieta to przecież muzyka!


Miał pan kiedyś poczucie, że zbyt wiele ryzykuje dla muzyki? Dla związanego z nią artystycznego spełnienia?

O nie! Czegoś takiego nie miałem. Chyba nawet nie mam szansy tak naprawdę zastanowić się nad tym. Bo ja dużo więcej poza muzyką nie mam.


Poza muzyką? Ma pan przecież rodzinę...

Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze byłem najlepszym ojcem. Takim, który miałby wystarczająco dużo czasu, bo przecież sporo wyjeżdżałem na trasy koncertowe. Muzyka często mnie pochłaniała. Rzecz jasna wracałem, natomiast gdybym chciał tradycyjnie spojrzeć na sprawę, to można było czasem nieco więcej czasu poświęcić rodzinie. Przynajmniej starałem się. Nie wyobrażam sobie życia bez rodziny, nie wyobrażam sobie innej sytuacji, zwłaszcza takiej, że mógłbym być sam jak palec.


Ilekroć rozmawiałam z pana córką, również utalentowaną muzycznie Miką Urbaniak, ona bardzo ciepło o panu mówiła. Mieliście zresztą okazję współpracować na jej solowej płycie.

Bardzo cieszę się z tego powodu. Podziwiam Mikę, bo ma ogromny talent muzyczny, charyzmę i do tego potrafi pisać przepiękne teksty. Jest fantastyczna.


Miał pan kiedyś takie poczucie, że musi teraz wynagrodzić swojej rodzinie, córkom ten stracony czas?

Czasami rzeczywiście tak było...


Trudno tutaj uchwycić tę granicę, żeby nie przedobrzyć?

U mnie trudno jest z tymi granicami. Bo ja potrafię przegiąć w jedną i w drugą stronę. Niestety. I dzieje się tak chyba w niemal każdej dziedzinie mojego życia. Jest to kłopot, ale jakże piękny, kiedy idzie w tym pozytywnym kierunku.


Balansuje pan między granicami?

Bardzo.


Muzycznie też?

Jak coś przyjdzie wewnątrz, to nie boję się tego realizować.


Jest podobieństwo do Milesa?

Miles był bardzo szybki i bardzo odważny. Robił takie rzeczy, które zadziwiały wszystkich artystów, a potem okazywało się, że dzięki niemu narodził się nowy standard.


A jak pan wspomina współpracę z Milesem przy płycie "Tutu" w 1985 roku?

Mimo że nagrałem z nim płytę i grałem koncerty, to trudno nazwać to normalną współpracą. Może bardziej brałem udział w uroczystościach muzycznych, które prowokował Miles. To zdecydowanie lepiej brzmi. Tam nie było żadnych wymogów, nie było mówione, kto co ma grać. Tylko jak Miles zadzwonił albo dał znać przez kogoś, to z reguły czuło się, jak to powinno wyglądać.


Jak doszło do waszej współpracy?

Bardzo prozaicznie. Kiedy Miles miał dłuższą przerwę z powodów zdrowotnych, oglądał sobie telewizję. Ja akurat występowałem w słynnym amerykańskim programie "Tonight Show", prowadzonego w NBC przez Johnny'ego Garsona. Grałem na tych moich pięciostrunowych skrzypeczkach, które mają dosyć oryginalne i niepowtarzalne brzmienie. Miles je usłyszał. Powiedział następnie do swojego producenta: "Dajcie mi tego pieprzonego polskiego skrzypka, on ma brzmienie!".


I stało się!

Ja akurat byłem w Kalifornii. Kiedy ten producent zacytował mi słowa Davisa, po czym usłyszałem tylko: "Przyjeżdżaj do Nowego Jorku, jutro jest nagranie". To było prawdziwe masełko. Zagrałem trzy utwory, jeden po drugim. Trzy solówki. Bez specjalnych pozamuzycznych emocji. Oczywiście odczuwałem lekkie podniecenie tym, że to jest ważna sprawa dla Milesa.

Ale do naszego spotkania doszło dopiero na drugi dzień, kiedy Miles dogrywał swoją trąbkę. Przyszedł zapytać, jak grałem i zaczął... masować mi kark! Ja już beczałem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że naprawdę nagrałem płytę z Milesem.


Spełnienie największego marzenia?

Nie miałem tej współpracy w swoim rozkładzie jazdy. Więc to jest plus. Samo nagranie płyty na owe czasy, a następnie koncertowanie po całej Ameryce było już stuprocentowym spełnieniem każdych marzeń.


Jak żona na to reagowała?

Cieszyła się, ale też ciągle się bała, że nie wrócę do Polski. Aż w końcu przyjechała do mnie. Zresztą, ja najbardziej czuję się obywatelem świata i wszystko jedno gdzie jestem, a najlepiej, gdy jestem na Manhattanie. W Nowym Jorku mieszkam od 11 września 1973 roku.


Co pan rozumie przez pojęcie "obywatel świata"?

To znaczy, że nie ma granic, jest totalna wolność. Chociaż bywa ona iluzoryczna, jak w przypadku Szwajcarii, która, jak widać, ma granice i to okrutne.


Mówi się, że to muzyka nie ma granic. A w pana rodzinie wszyscy są piekielnie uzdolnieni muzycznie. Już od lat pewnie słyszy pan pytanie: kiedy doczekamy się waszej wspólnej płyty, na której pojawią się pan, Urszula Dudziak i Mika Urbaniak?

Nie mówię NIE! Na razie, póki co, nie mamy tego w planach. Ale nigdy nic nie wiadomo...


Czyli furtka jest otwarta?

Tak, absolutnie. Może nie rozmawiamy dokładnie na ten temat, ale między nami jest fajna twórcza atmosfera.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!