Co za mistrzostwa! Dzień po dniu mamy medal. W sobotę srebro zdobył Tomasz Majewski, w niedzielę brąz Kamila Chudzik, w poniedziałek srebro dołożył Szymon Ziółkowski, ale na kolana cały świat rzuciły złota Anna Rogowska ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Co za mistrzostwa! Dzień po dniu mamy medal. W sobotę srebro zdobył Tomasz Majewski, w niedzielę brąz Kamila Chudzik, w poniedziałek srebro dołożył Szymon Ziółkowski, ale na kolana cały świat rzuciły złota Anna Rogowska i srebrna Monika Pyrek. Po trzech dniach mistrzostw świata Polska ma w dorobku pięć medali w tym jeden złoty i zajmuje trzecie miejsce.

To co zrobiła Rogowska kiedyś nazywało się królobójstwem. Polka pokonała Carycę tyczki, Jelenę Isinbajewą. Co z tego, że Rosjanka była bez formy, że strącała poprzeczkę na śmiesznych dla niej zazwyczaj wysokościach i żadnej nie zaliczyła. Polka jest mistrzynią świata w erze kolejnych rekordów świata Isinbajewej, w czasach, gdy "Bubka w spódnicy" wygrywa wszystko. No prawie. Bo przecież Rogowska w tym sezonie pokonała już raz wielką Jelenę. Wtedy mówiła, że to miłe zaskoczenie, ale trudno się spodziewać, że można ten wyczyn powtórzyć w Berlinie. A jedna powtórzyła go! Ze spuchniętą, fioletową od skręcenia, kostką. Na dodatek srebro wywalczyła Monika Pyrek. Polska pokonała kulejącą rosyjska potęgę. Isinbajewa od 2004 r. nie przegrała w walce o wysoka stawkę, choć czasem miała porażki w mityngach.

- My się cieszymy, a ona płacze. Nikt nie wierzy w to co się stało. Mnie też trudno uwierzyć we własne szczęście - mówiła rozradowana Rogowska.

Przed mistrzostwami historia wokół tyczki przypominała scenariusz "Ostrego Dyżuru". Najpierw świat obiegła dosyć letnia wiadomość, że z powodu kontuzji nogi do Berlina nie przyleci Swietłana Fieofanowa. W tym roku nie skakała rewelacyjnie, była szósta w światowym rankingu. Tydzień temu z USA nadeszła kolejna wiadomość wprost ze stołu chirurgicznego. Trzecia w tym sezonie Amerykanka Jennifer Stuczynski złożyła broń z powodu urazu ścięgna Achillesa. Na szczycie zrobiło się luźno. Została rekordzistka świata Jelena Isinbajewa (5,05) i Fabiana Murer z Brazylii, która w tym roku skoczyła 4,82 (Rogowska 4,80, Pyrek 4,78).

Tuż przed wyjazdem do Berlina znów depesze agencyjne pisali ortopedzi. Rogowska skręciła kostkę. Do ostatniej chwili lekarze walczyli z opuchlizną i bólem. Ale to nie koniec serialu medycznego. W poniedziałek znów w stawce pań walczących o medale zrobiło się luźniej: kolejną Rosjankę zmorzył uraz, tym razem Julię Gołubczikową (siódma w rankingu).

Ale konkurs mógł przyprawić o zawał największych stoików. Polki rozpoczęły pewnie, w pierwszych próbach zaliczając 4,40 i 4,55. Wtedy Isinbajewa nawet ne patrzyła na stojaki. Ona zaordynowała 4,75 na pierwsze podejście. Tymczasem walka o złoty medal rozegrała się właśnie na tej wysokości. Poradziła sobie z nią tylko Rogowska i to za pierwszym razem! Pyrek skończyła na 4,65.

- Wiedziałam, ze jeśli zaliczę to bez żadnej zrzutki to powinnam mieć medal - analizowała później. Amerykanka Chelsea Johnson miała podobną taktykę i ona też zdobyła srebrny medal.

- Dedykuję go tacie, który zdobył olimpijski medal w Monachium. Złoto należało się jednak Ani. Ona jest w tym sezonie bardzo mocna - komplementowała Rogowską Johnson.

Co za mistrzostwa! Dzień po dniu mamy medal. W sobotę srebro zdobył Tomasz Majewski, w niedzielę brąz Kamila Chudzik, w poniedziałek srebro dołożył Szymon Ziółkowski, ale na kolana cały świat rzuciły złota Anna Rogowska i srebrna Monika Pyrek. Po trzech dniach mistrzostw świata Polska ma w dorobku pięć medali w tym jeden złoty i zajmuje trzecie miejsce.

To co zrobiła Rogowska kiedyś nazywało się królobójstwem. Polka pokonała Carycę tyczki, Jelenę Isinbajewą. Co z tego, że Rosjanka była bez formy, że strącała poprzeczkę na śmiesznych dla niej zazwyczaj wysokościach i żadnej nie zaliczyła. Polka jest mistrzynią świata w erze kolejnych rekordów świata Isinbajewej, w czasach, gdy "Bubka w spódnicy" wygrywa wszystko. No prawie. Bo przecież Rogowska w tym sezonie pokonała już raz wielką Jelenę. Wtedy mówiła, że to miłe zaskoczenie, ale trudno się spodziewać, że można ten wyczyn powtórzyć w Berlinie. A jedna powtórzyła go! Ze spuchniętą, fioletową od skręcenia, kostką. Na dodatek srebro wywalczyła Monika Pyrek. Polska pokonała kulejącą rosyjska potęgę. Isinbajewa od 2004 r. nie przegrała w walce o wysoka stawkę, choć czasem miała porażki w mityngach.

- My się cieszymy, a ona płacze. Nikt nie wierzy w to co się stało. Mnie też trudno uwierzyć we własne szczęście - mówiła rozradowana Rogowska.

Przed mistrzostwami historia wokół tyczki przypominała scenariusz "Ostrego Dyżuru". Najpierw świat obiegła dosyć letnia wiadomość, że z powodu kontuzji nogi do Berlina nie przyleci Swietłana Fieofanowa. W tym roku nie skakała rewelacyjnie, była szósta w światowym rankingu. Tydzień temu z USA nadeszła kolejna wiadomość wprost ze stołu chirurgicznego. Trzecia w tym sezonie Amerykanka Jennifer Stuczynski złożyła broń z powodu urazu ścięgna Achillesa. Na szczycie zrobiło się luźno. Została rekordzistka świata Jelena Isinbajewa (5,05) i Fabiana Murer z Brazylii, która w tym roku skoczyła 4,82 (Rogowska 4,80, Pyrek 4,78).

Tuż przed wyjazdem do Berlina znów depesze agencyjne pisali ortopedzi. Rogowska skręciła kostkę. Do ostatniej chwili lekarze walczyli z opuchlizną i bólem. Ale to nie koniec serialu medycznego. W poniedziałek znów w stawce pań walczących o medale zrobiło się luźniej: kolejną Rosjankę zmorzył uraz, tym razem Julię Gołubczikową (siódma w rankingu).

Ale konkurs mógł przyprawić o zawał największych stoików. Polki rozpoczęły pewnie, w pierwszych próbach zaliczając 4,40 i 4,55. Wtedy Isin-bajewa nawet ne patrzyła na stojaki. Ona zaordynowała 4,75 na pierwsze podejście. Tymczasem walka o złoty medal rozegrała się właśnie na tej wysokości. Poradziła sobie z nią tylko Rogowska i to za pierwszym razem! Pyrek skończyła na 4,65.

- Wiedziałam, ze jeśli zaliczę to bez żadnej zrzutki to powinnam mieć medal - analizowała później. Amerykanka Chelsea Johnson miała podobną taktykę i ona też zdobyła srebrny medal.

- Dedykuję go tacie, który zdobył olimpijski medal w Monachium. Złoto należało się jednak Ani. Ona jest w tym sezonie bardzo mocna - komplementowała Rogowską Johnson.



Proszę mnie nie budzić z tego pięknego snu


Z Anną Rogowską rozmawia Oskar Berezowski


Gdy rano się pani obudziła to jaki wynik obstawiała pani na złoty medal?

W ogóle o tym nie myślałam. Byłam przekonana, że aby wejść na podium trzeba będzie pokonać 4,80.

Gdy poradziła sobie pani z 4,75, co pani pomyślała?

W duchu cieszyłam się już z podium, ale cały czas mogła mnie pokonać Monika Pyrek i Jelena Isinbajewa. Trudno było wytrzymać te emocje.

A trudno jest poradzić sobie z myślą, że zatrzęsła pani światem i strąciła z tronu Carycę tyczki?

Dla mnie to szok. Jelena jest jednak wciąż numerem jeden na świecie. Jako jedyna pokonała pięć metrów. Mam dla niej za to wielki szacunek, ale to tylko człowiek, ona też przegrywa i cieszę się z tego. Nie dlatego, że ona poniosła porażkę, ale może zainteresowanie naszą dyscypliną się zwiększy. Wreszcie będą emocje!

Pokonała pani pierwszy raz w roku Jelenę Isinbajewą w Londynie, teraz zabrała jej pani złoty medal mistrzostw świata, czas na odebranie szans na główną nagrodę w Złotej Lidze?

Ale ja nikomu nie chcę nic odbierać! Chcę wygrać dla siebie, choć te pieniądze, zaszczyty tak naprawdę nie znaczą dla mnie tyle co rekord życiowy.

Jak to?

Normalnie, chcę w tym roku pobić swój rekord, który jest też rekordem Polski (4,83 - red.), to będzie dla mnie ukoronowanie sezonu.

Ale wiele wskazywało na to, że może pani nawet nie stanąć na rozbiegu.

Zgadza się. W środę skręciłam kostkę. Świat runął na ziemię. Mówiłam trenerowi, że to już koniec, a on cały czas we mnie wierzył i walczył, żebym ja tez się nie poddawała. Przed eliminacjami kilka godzin spędziłam na stole masażystów. Miałam zamrażaną stopę, masowaną. Cierpiałam, ale nie mogłam się poddać. Jestem takim typem człowieka, że jak jest źle to się mobilizuję. Potrafię wykrzesać z siebie 110 procent właśnie wówczas, gdy los ze mnie kpi.

Przed finałem też pani cierpiała?

Już nie. Miałam tylko lekki masaż, noga tak strasznie nie bolała.

Miała pani kryzys w tym konkursie?

Tak. Zrzuciłam poprzeczkę na 4,65. Jelena wtedy jeszcze w ogóle nie skakała, a Ania i Chelsea Johnson były bezbłędne. Przestraszyłam się na moment.

Jak wtedy pani się mobilizuje?

Przypominam sobie najlepsze skoki i mówię, że potrafię zrobić to lepiej.

Z czego ma pani jeszcze satysfakcję?

Z tego, że jak kilka miesięcy temu mówiła dziennikarzom: zobaczycie w Berlinie dwie Polki będą na podium, to żeście się ze mnie śmiali.

Ale pani też tłumiła oczekiwania. Po pokonaniu Isinbajewej w Londynie słyszeliśmy, że to jej wypadek przy pracy i dopiero w Berlinie pokaże swoją klasę.

A kto przy zdrowych zmysłach mógł zakładać, że będzie inaczej? Ja robiłam swoje, nie myślałam o Jelenie - miałam własne ambicje. Prawdziwą sztuką jest wygrać z samym sobą. Ja musiałam walczyć ze słabościami organizmu w Berlinie. Zrobiłam wszystko na co mnie było w tych warunkach stać.

Isinbajewa powiedziała, że jest jej wstyd i to była klęska.

Ale ja już nie chcę rozpatrywać tych zawodach w kontekście Rosjanki. Ona jest wielka, ale w sporcie liczy się to, kto kończy na podium. Sama nie do końca wiem, czy teraz nie śnię jakiegoś pięknego snu. Proszę mnie nie budzić!

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!