Mierny, bierny, ale wierny - taka jest, zdaniem generała Romana Polki modelowa droga zrobienia kariery w polskiej armii. Generał Skrzypczak, który mówi, co myśli, i tak długo się w niej uchował.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Mierny, bierny, ale wierny - taka jest, zdaniem generała Romana Polki modelowa droga zrobienia kariery w polskiej armii. Generał Skrzypczak, który mówi, co myśli, i tak długo się w niej uchował. W armii robi się karierę poprzez podlizywanie się aktualnym szefom.


Na generała Skrzypczaka, który skrytykował swych pryncypałów w MON, poleciały gromy: że złamał świętą zasadę milczenia, sprzeniewierzył się apolityczności armii. Krytyka jest grzechem?

Nie, dyscyplina wojskowa nie polega na stukaniu obcasami, nie jest kneblem, który zakłada się żołnierzom. Bo jeśli się ich knebluje, to mamy sytuację, jak teraz: że nagle, w świetnie funkcjonującym wojsku - tak do tej pory meldowano - wybucha bomba, podczas gdy wszystkie te kwestie można było już dawno wyjaśniać w ramach zwykłej dyskusji. Ona jest w standardach zachodnich armii czymś normalnym. Sam się spotykałem z takim nastawieniem w Polsce, nawet w takim wydawałoby się wolnym miejscu jak salon24.pl, kiedy już jako generał rezerwy pisałem krytyczne komentarze na temat armii. Wykształceni ludzie z oburzeniem pytali, jak, jako żołnierz, mogę krytykować nawet nie byłych przełożonych, a po prostu system.


Pytali, czy planuje pan pucz?

Tak samo jestem przekonany, że błędem byłoby oskarżanie generała Skrzypczaka o to, że planuje pucz czy że wchodzi w politykę. Choć są tacy, którzy by go chętnie tam wepchnęli. Łatwo człowieka, który nie jest obyty na tych salonach, wmanipulować w trudną sytuację. To jest żołnierz z pola walki, który przeżywa wszystkie nieszczęścia, jakie spotykają jego ludzi.


Tu widać, że między generałem Skrzypczakiem a ministrem Klichem zabrakło komunikacji. Minister mówi, że generał nie mówił mu o żadnych problemach. Generał odpowiada, że nie został wysłuchany. Któryś kłamie?

Niekoniecznie. Zdarza się, że dwór ministra za bardzo otacza szefa, nie dopuszczając do nie-go ludzi czy informacji. Przed misją w Kosowie - to było dziesięć lat temu, ale nie sądzę, by wiele się zmieniło - wystosowałem jako dowódca 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego meldunek, który miał dotrzeć do Sztabu Generalnego. Na temat wyposażenia i wyszkolenia żołnierzy. I tak się złożyło, że ja ten meldunek zobaczyłem w połowie drogi do Sztabu, w Krakowie. Tam już nie było nawet jednego mojego słowa. Wszystkie krytyczne uwagi zostały wycięte. Kiedy zaprotestowałem, usłyszałem: jakoś tam przetrwasz. Uderzyłem pięścią w stół: nie chcę przetrwać, a wykonywać zadania. Ale i tak pojechałem do Kosowa niedoposażony.


To jest nasza pokomunistyczna skaza, że żołnierz mający własne zdanie jest wrogiem.

Mentalność epoki Układu Warszawskiego nadal pokutuje. Tamta dyscyplina nie znosiła swobody wypowiedzi - ruki pa szwam i mołczat. Ale już marszałek Józef Piłsudski zauważył, że nie stać nas na poważną dyskusję o problemach wojska, bo nie nauczyliśmy się nawet o nich myśleć. Druga rzecz, która źle przysłużyła się wojsku to stan wojenny. I tęsknota za utraconą szansą hunty wojskowej gen. Wileckiego, który dopuścił się rzeczy niedopuszczalnej: w świecie demokratycznym, gdzie podstawą jest cywilna kontrola nad armią, on chciał zagarnąć kawał z tortu władzy i stał się jednym z głównych kucharzy obiadu drawskiego. I teraz w awanturze z gen. Skrzypczakiem jego postać i tamta sytuacja jest często przywoływana, choć moim zdaniem obie sytuacje kompletnie się różnią.


Niby nie ma się czego bać, ale doszliśmy do takiej paranoi, że wojskowym mówić zakazano, nawet jeśli mają o czym. Czasem tylko młodzi żołnierze, którzy nie mają wiele do stracenia, pozwola sobie na kilka słów prawdy.

Politycy nie lubią dyskutować merytorycznie na niewygodne dla nich tematy i szarże o tym wiedzą. Dlatego milczą. To głos młodych, niedoświadczonych żołnierzy słyszy się częściej, choć też gadają głupoty. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem autocenzury. Tak jak w Rosji, gdzie dziennikarze nie piszą krytycznie o Putinie, nie tylko dlatego, że się boją, ale uważają, że nie wypada. Tak samo w polskim wojsku.


Ludzie się boją o kariery. Ale są sytuacje, kiedy milczenie jest zbrodnią.

W pomieszczeniu, gdzie była nagrywana słynna rozmowa ministra Sikorskiego z prezydentem na temat tarczy antyrakietowej, została wcześniej nagrana moja z dowódcami wojsk wyjeżdżających do Afganistanu. Wtedy nawet nie planowano wysłania do Afganistanu śmigłowców. Ostro pytałem, czy czołgi są w górzystym kraju bardziej przydatne, bo to ich zakupy wtedy planowano. Ta, i inne tego typu dyskusje, odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Ale nawet w ścisłym gronie wojskowi nie potrafili uczciwie rozmawiać na tak ważne tematy, wolą rozwiązywać je za pomocą mediów.


Wszystko zależy od szefa - czy chce rozmawiać, czy woli potakiwaczy i wazeliniarzy.

Kiedy nie ma wymiany informacji góra-dół nic się nie da załatwić. A to nie jest tak, że ktoś jest tylko dobry, a ktoś zły. Że w ministerstwie siedzi sam beton, który tylko chce przeszkadzać, albo że to gen. Skrzyp-czak jest niesubordynowany i nie da się z nim pracować. Jest wiele problemów, które trzeba wspólnie rozwiązywać. Dwa lata temu napisałem taki artykuł "Armia bez zdrowego rozsądku", w którym pisałem, że dowódcy rodzajów wojsk po-winni razem ustalać plany, potrzeby, następnie przedstawiać je ministrowi, który jako siła polityczna mówi tak albo nie. A nie wyniszczająco rywalizować ze sobą. Wtedy ministrem był Aleksander Szczygło, który lubi, jak mu się mówi prawdę, prosto z mostu. Wielu generałów tego nie rozumiało, dopatrywało się spisku. To przekraczało ich doświadczenie, bo w wojsku najlepszą drogą kariery jest bierny, mierny, ale wierny.


Generał Skrzypczak karierę ma już za sobą?

Mam nadzieję, że po tej burzy, nastąpi spokój i oczyści się powietrze. A ludzie, którzy przykleili się teraz do Skrzyp-czaka i szepczą mu w ucho: idź w ogień, bo tam ciepło jest, spal się do reszty, odpadną. I generał będzie mógł robić swoją robotę.


Ktoś manipuluje generałem?

Jednego dnia czytam rozmowę z taką osobą, która mówi: mamy wojnę, popierajmy ministra. A kolejnego dnia, że minister to się samym wojskowym betonem otacza i do niczego się nie nadaje.


To słowa gen. Petelickiego.

Jeśli głównym ekspertem od spraw wojskowości jest ktoś, kto jest długo poza armią, kto nawet nie z wojska, a z MSWiA odszedł dziesięć lat temu, to jest nieporozumienie. Wolałbym posłuchać innych generałów, choćby Stachowiaka, Skrzypczaka, szefa Sztabu Geralnego - co mają na temat np. obecności naszego wojska w Afganistanie do powiedzenia. Podatnik płaci podatki, ma prawo wiedzieć, więc dlaczego nie ma ich w telewizji?


Polska to nie Wielka Brytania, gdzie szef sztabu gen. Richard Dannett powiedział, co myśli o rządzie Browna i usłyszał "ma pan, generale, rację".

Ja sam dwa razy podawałem się do dymisji. Pierwszy raz w styczniu 2003 roku. Napisałem do ministra wniosek z prośbą o zwolnienie ze służby i go uzasadniłem: że nie mogę dowodzić w sytuacji, kiedy neguje się moje metody szkoleniowe, kiedy chce się rozwiązać morską jednostkę GROM-u i takie tam. Ale wtedy była misja w Iraku i ona była najważniejsza, zdecydowałem się zostać. Po powrocie okazało się, że ja swoje zadanie wykonałem, a przeszkody zostały. Wtedy podałem się do dymisji po raz drugi i została ona przyjęta. O tym, co mi się nie podoba, powiedziałem dopiero na konferencji prasowej, zorganizowanej przez ministra. I spotkałem się z miażdżącą krytyką wojskowych. Sami nie mieli odwagi powiedzieć, co w wojsku jest źle, a na mnie na-padli, by podlizać się szefom.


Wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale nikt nie mówi. Kiedy wdowa po poległym majorze Ambroziewiczu powiedziała naszej gazecie o tym, jak to jej mąż sam musiał sobie kupować magazynki czy gogle, podniósł się krzyk, że to skandal.

Powiem coś, co nie będzie popularne. Każdy żołnierz przed wyjazdem dostaje pieniądze, by mógł sobie tego sprzętu według indywidualnych potrzeb dokupić. Kiedy byłem na kursie Ranger w USA, dostałem buty, z sześć mundurów, wszystko, co potrzeba, a i tak poszedłem do sklepu i kupiłem sobie inne, które mi bardziej odpowiadały. I to nie jest problem. Problemem jest broń, pistolety vist i amunicja produkcji polskiej. Są gorszej jakości niż zagraniczne, a w dodatku droższe. Produkujemy buble, których nasi żołnierze nie chcą mieć. Ale już mówienie, że ktoś nie dojada na misji, jest śmieszne.

I to, co mi się najbardziej rzuca w oczy w dzisiejszym wojsku, to brak wojskowej dyscypliny. Walczy się o tego szeregowego zawodowego i karze wyrokiem panią komandor, za to, że żołnierzowi, który ją obrażał, kazała robić pompki. To w armiach zachodnich nie do po-myślenia. We włoskiej jednostce spadochronowej Folgore, jeśli żołnierzowi spadł beret, to go podnosił zębami robiąc przy tym pompki. Na kursie Ranger robiliśmy nożyce krzycząc "jesteśmy psie ryje", a sierżant chodził nam po brzuchach. Żołnierzy specjalnie wprowadza się w stan stresu, aby ci, którzy nie wytrzymują, mogli odejść, nim znajdą się na polu bitwy. Combat stress, napady paniki, mogą spowodować, że nie tylko oni zginą, ale mogą spowodować śmierć niewinnych ludzi czy kolegów.


Wszystko przez uzawodowienie armii?

Pochopne, nieprzygotowane wprowadzenie zawodowstwa spowodowało rozluźnienie dyscypliny. Oczywiście, można jednym rozkazem zmienić armię poborową w zawodową i z wszystkimi podpisać kontrakty. Ale to nie załatwi sprawy. Sami wojskowi powinni się wziąć za etos tej służby, bo na razie panuje kolosalny bałagan. Szeregowy zawodowy oblicza sobie 40-godzinny dzień pracy i nie ma zamiaru siedzieć po godzinach. Więc już go nie interesuje, że ten Rosomak, którym jeździ, wymaga jeszcze np. pracy przy jego konserwacji. Albo wyjazdy na misje wojskowe - wielu żołnierzy nie ma na nie ochoty i załatwiają sobie zwolnienia lekarskie. Więc tym, którzy się zdecydują, już za samą chęć niemal przypina się medale. A po skończonej misji, kiedy człowiek przyjeżdża do kraju, dostaje urlop. Tymczasem powinien zostać wysłany na obóz doszkalający i dostać w kość, żeby przywrócić go do wojskowej roboty. Bo on się czuje bohaterem, nie ma ochoty czołgać się z innymi. Tak się robi w normalnych armiach. To w naturalny sposób przywraca dyscyplinę. W ogóle uważam, że w naszym wojsku żołnierze mają za dużo urlopów.


Urlopu nigdy dość.

Sam go miałem za dużo. Normalnie żołnierz ma 26 dni urlopu. Jak przekroczy pewien staż, dostaje dodatkowe 10 dni. Jeżeli skacze na spadochronie albo nurkuje - kolejne 15 dni. A jak pojedzie na misję to jeszcze miesiąc. W pewnym okresie także soboty i niedziele odbierano jako wolne za misje. Żołnierz jak po misji pójdzie na urlop i wróci po trzech miesiącach, to jest półcywilem, którego trzeba by przepuścić przez unitarkę.


Dalej nie wiem, jest pan za czy przeciw armii zawodowej.

Za. Ale budowanie armii zawodowej kosztuje, i to najwięcej na początku. A jest kryzys, więc uzawodowienie odbywa się w najgorszym z możliwych momentów. Już przed kryzysem było za mało pieniędzy, a potem w ramach oszczędności, jeszcze obcięto nakłady na wojsko. A trzeba np. zbudować porządne bazy szkoleniowe. Mamy mnóstwo garnizonów, najwięcej chyba na świecie w przeliczeniu na ilość żołnierzy. W niektórych po paru wojaków, o których walczą wójt i poseł, bo uświetniają imprezy patriotyczne i zapewniają pracę dla miejscowych.


Na razie mamy problem z wyposażeniem naszych wojsk w Afganistanie.

Słyszy się, że na wyposażenie na misjach pieniędzy nie braknie, za to będziemy oszczędzali w kraju. Zasadniczy błąd w ro-zumowaniu. To jakby założyć, że informatyka wykształcimy na Atari, a potem go poślemy na zawody komputerowe, gdzie będzie porządny sprzęt. Tak samo ze śmigłowcami: dziś w kraju praktycznie ich nie mamy, bo większość poleciała do Afganistanu i nie ma na czym szkolić żołnierzy. Ale warto zwrócić uwagę, że prócz sprzętu ważne są też procedury i dowodzenie. W Kosowie, Iraku często się zdarzało, że gdy moi przełożeni stawiali mi zadania wykraczające poza moje możliwości, żądałem od nich wsparcia. Mówiłem: potrzebuję pluton saperów, śmigłowców czy samolotów bezpilotowych. I zazwyczaj dostawałem. A jeśli nie, nie realizowałem misji. I nigdy z tego powodu nie spotkały mnie złe słowa, przeciwnie, zostałem odznaczony przez Amerykanów medalem Military Merit za świetne współdziałanie. Polska to nie Stany, ale też nie jest jedynym krajem, który ma kłopoty ze sprzętem. Mają go Holendrzy, mają Niemcy. Niedawno czytałem wypowiedź, że jak tego sprzętu więcej nie będzie, to my nigdy tej wojny nie wygramy. Pewnie, że nie. My jesteśmy tylko kroplą w morzu. W tym biznesie, jakim jest NATO, 51 procent udziałów mają Amerykanie i jest rzeczą naturalną, że do nich powinniśmy się zwracać o wsparcie.


Wzięliśmy do samodzielnego rządzenia całą prowincję i głupio prosić o pomoc.

Prowincja to jest duże wyzwanie, nie tylko pod względem militarnym, ale także politycznym i gospodarczym. Ta misja to nie tylko odpowiedzialność szefa MON, ale całego rządu.


Hasło misja stabilizacyjna jest dziś puste.

Po obaleniu reżimu talibów, sympatia do wojsk sojuszniczych była duża i można było tam zrobić wiele rzeczy. Dziś mamy do czynienia z niespełnionymi nadziejami i ge-nerowaniem nowych przeciwników. Każdy błąd, np. gdy zamiast uderzać w terrorystów uderzamy w niewinnych ludzi, nam ich przysparza. W dodatku część naszych sojuszników ma różne ograniczenia i np. nie wychodzi w ogóle w nocy na patrole. Więc zamiast nich przychodzą terroryści i ludność miejscowa musi z nimi współpracować. Mówi się, że może nasz pluton, w którym był kapitan Ambroziewicz, wpadł w zasadzkę, bo tamtejsze wojsko i policja są w zmowie z terrorystami. Oczywiście, że są. Zachodnie wojska nie są w stanie ich obronić, kiedy przychodzą do nich terroryści i mówią: albo będziesz z nami, albo wybijemy ci rodzinę.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!