Jerzy Buzek

Jerzy Buzek. (© fot. Marzena Bugała.)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Dziś Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, o godzinie 17 otworzy pierwszą w nowym składzie sesję w Strasburgu i wygłosi inauguracyjne przemówienie.

Jak dowiedziała się "Polska", Jerzy Buzek będzie chciał w swoim wystąpieniu pokazać wizerunek europejskiego męża stanu, który ma spójną wizję działania parlamentu w czasach kryzysu, i jednocześnie silnie zareklamować nasz kraj, a także wschodnią część Unii Europejskiej.

O ile światła wszystkich kamer będą skierowane na przewodniczącego Buzka, to przed naszymi nowymi europosłami stoją nieporównanie mniejsze wyzwania. I niektórym z nich, brylującym do tej pory w polskim Sejmie na Wiejskiej i w polskich mediach, trudno będzie przyzwyczaić się do anonimowości.

- Stacje telewizyjne, takie jak BBC czy CNN, zainteresowane są tylko najważniejszymi politykami i najważniejszymi sprawami Europy - mówi Rafał Trzaskowski, europoseł z PO. Jego klubowy kolega Paweł Zalewski dodaje: - Jeśli ktoś chce brylować w mediach, to co najwyżej polskich. Ale coś za coś: albo występy przed kamerami, albo praca w Parlamencie Europejskim. Pogodzić się tego nie da.

Zdaniem Joanny Senyszyn z SLD posłowie, którym w Sejmie zdarzały się strzeliste akty wystąpień, jak Tadeuszowi Cymańskiemu czy Jackowi Kurskiemu, będą musieli zmienić nawyki i nauczyć się innej pracy. Ona sama się przestawiła, gdyż już pierwszego dnia chce z rozmachem wejść na europejskie salony polityki. Przygotowała dwa wystąpienia, każde trwające minutę: jedno na dziś, drugie na środę. W pierwszym ma zamiar skrytykować Jose Barroso, wytknąć mu, że nie spełnił pokładanych nadziei i zarzucić zbyt liberalne podejście Komisji Europejskiej, przez które upadły stocznie w Gdyni i Szczecinie. W drugim: zaprotestować przeciwko ustawie, jaką planuje litewski parlament (ustawa ta zakazuje "informacji publicznej propagującej relacje homoseksualne" w miejscach dostępnych dla dzieci. Minutowe wystąpienia ćwiczyła z zegarkiem w ręku w obecności swojej asystentki.

Tymczasem to, co liczyło się w polskim Sejmie - zaznaczanie z mównicy swojej aktywności w ogniu politycznej walki, transmitowane na żywo przez telewizje - w Parlamencie Europejskim nie ma sensu. W Brukseli nie lans i polityczna walka się liczą, ale kompromis i porozumienie. - Ryszard Czarnecki z PiS miał rekordową liczbę wystąpień, ale z samych wystąpień, w których prezentuje się swoje opinie, wynika niewiele - mówi Paweł Zalewski. Choć on sam dopiero zaczyna kadencję, to już wie, że zdobyć wpływ w parlamencie może ten poseł, który zostanie sprawozdawcą i będzie pisał raporty.

Nie wszyscy są tak ambitni. Niektórzy, choć oficjalnie się do tego nie przyznają, na dzień przed inauguracją czują się jak przysłowiowe "koty" w wojsku: mają mniej przywilejów i dostają gorsze gabinety niż ich koledzy, którzy są tu już drugą kadencję, a na dodatek wciąż się gubią na korytarzach.

- Czuję się nieswojo - przyznaje Tadeusz Cymański z PiS. - Jestem wyciszony z konieczności. W wakacje byłem na kursie językowym i zrozumiałem jedno: że rzucam się na głęboką wodę. No ale jestem w Parlamencie Europejskim. I wiem, że mogę liczyć na kolegów. Anonimowość mi nie przeszkadza. Nigdy nie byłem narkomanem szkła. Czy w wojsku, czy na studiach metodę miałem jedną: patrzeć i uczyć się od innych. I to zamierzam robić w Parlamencie Europejskim przez pierwsze miesiące.

Rafał Trzaskowski mówi, że nowego europosła rozpoznać można po kilku charakterystycznych zachowaniach. Po pierwsze, nie zabiera głosu na posiedzeniach komisji, bo nie zdążył jeszcze wgryźć się w temat, nad którym jego koledzy pracowali już kilka lat. Po korytarzach przemieszcza się niepewnie i wolniej, bo wciąż mylą mu się drogi, piętra i budynki. Poseł Cymański wzdycha: - Trzeba być mistrzem orientacji, aby się w tych labiryntach połapać.

- Ogromne gmachy w Brukseli i Strasburgu są jak średniowieczne katedry, które miały pokazywać potęgę Boga. Dzisiejsze pokazują potęgę Unii - mówi posłanka Senyszyn i przyznaje, że choć bywała tu często, to jednak wciąż jeszcze się w nich gubi. W końcu ponad 700 parlamentarzystów plus 5 tys. pracowników w jednym miejscu to małe miasteczko. Na początku więc nowy europoseł stara się opanować podstawową, stałą trasę: ze swojego gabinetu do sali posiedzeń. - W tym natura ludzka podobna jest do końskiej, bo tak samo człowiek pokonuje wyuczoną trasę automatycznie - śmieje się Senyszyn.

I kolejna cecha nowicjusza: nie rozmawia on z napotkanymi politykami z innych krajów, bo nikogo z nich nie zna. Albo - nie zna języka.

Na szczęście - dla posłów, którzy mają problemy z językami obcymi - na sesjach plenarnych parlamentu jest wręcz źle widziane, gdy poseł nie mówi w swoim języku. Gorzej na posiedzeniach w komisjach, gdzie posłowie pracują w mniejszych grupach i tam oczekuje się od polityków, aby mówili po angielsku bądź francusku. - Tłumaczenie języka narodowego na inne spowalnia pracę komisji - wyjaśnia Rafał Trzaskowski.

Ale największą pułapką, jaka czyha na nowych posłów, może być - zdaniem Pawła Zalewskiego - własna osobowość. - Jeśli poseł, który w polskim Sejmie, zamiast pracować, przyzwyczaił się do robienia dobrego wrażenia w mediach, wybierze w PE bierną obecność, to może i uda mu się jakoś przejść pięć lat w Brukseli, ale zauważony nie będzie. Praca tu jest dla tych, którzy sami potrafią wyznaczać sobie zadania i je realizować.

Tym więc różni się polski Sejm od Parlamentu Europejskiego, że u nas posłowi zapewnia się Dom Poselski, gdzie ma miejsce do spania. A w Brukseli czy Strasburgu wyłącznie miejsce do pracy.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!