Dzisiaj, 11 września, do polskich kin przy wtórze marszowych werbli i jęku skalpowanych hitlerowców wkroczą "Bękarty wojny" Quentina Tarantino. Najbardziej wpływowy amerykański filmowiec ostatnich 15 lat po raz kolejny udowadnia, że w jego świecie nie ma miejsca na żadne kompromisy.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
W 1994 roku. Złotą Palmę na festiwalu w Cannes miał dostać Krzysztof Kieślowski. Tak przynajmniej uważało spore grono krytyków i dziennikarzy, dla których "Czerwony" był kwintesencją wyrafinowanego kina festiwalowego - mądrym, znakomicie nakręconym i kapitalnie zagranym autorskim majstersztykiem. Jakież jednak było zdziwienie stronników naszego mistrza, gdy jury pod przewodnictwem Clinta Eastwooda przyznało lśniące trofeum mało znanemu jankesowi w kowbojskich butach, który na Lazurowe Wybrzeże przywiózł ociekający krwią, przemocą i rynsztokowym językiem film pod intrygującym tytułem "Pulp Fiction".

Niespodziewanie ambitne, intelektualne i aspirujące do miana kultury wysokiej kino europejskie musiało skapitulować wobec obrazu nie tylko epatującego wystylizowanym do granic możliwości okrucieństwem, ale też jawnie i bezczelnie żerującego na popkulturowej sieczce z najniższej półki. Na tandetnych komiksach, kryminałach przeznaczonych głównie do czytania w toalecie i filmach, o których większość kronikarzy światowej kinematografii najchętniej by zapomniała. Tak narodziła się legenda Quentina Tarantino. Niepozornego faceta o drwiącym uśmiechu, który stworzył kino postmodernistyczne. A z przemocy ukazywanej na ekranie uczynił dzieło sztuki.

"Przemoc jest jedną z najbardziej filmowych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Edison i bracia Lumiere wynaleźli kamerę głównie po to, by pokazywać przemoc" - mówił niedawno krnąbrny filmowiec na łamach "Timesa". A na słowa krytyki padające pod adresem krwawej materii jego filmów odpowiadał przekornie: "Czy ktokolwiek z was poszedłby na koncert Metalliki i powiedział tym sukinsynom, żeby grali trochę ciszej?".

Ale wystarczy rzucić okiem na którekolwiek z jego dzieł, aby przekonać się, że przemoc u Tarantino nie jest dosłowna i banalna. Ten facet kręci obcinanie rąk samurajskim mieczem i zdzieranie skalpów z głowy w taki sam sposób, jak inni kręcą popisy baletowe albo pościgi samochodowe. Dąży do tego - jak sam przyznaje - aby przemoc w jego filmach była jednocześnie piękna, zabawna, dostojna i obrzydliwa. I robi z nią to, co z całą historią kina - destyluje, bierze w cudzysłów, przetwarza i ciska zdezorientowanym widzom prosto w twarz.

Otwarcie mówi o sobie, że jest nikim więcej, jak wprawnym złodziejem. "Kradnę z każdego filmu, jaki kiedykolwiek powstał. Wielcy artyści kradną, a nie składają hołdy" - wyznaje. I trudno się z nim nie zgodzić. Wszak każdy jego film - a zainspirowane klasycznymi wojennymi superprodukcjami spod znaku "Parszywej dwunastki" i konwencją spaghetti westernu "Bękarty wojny" są tego najlepszym przykładem - to nic więcej jak kolekcja zmyślnie połączonych w całość motywów, cytatów i odniesień do tego, co ktoś kiedyś nakręcił.

W internecie aż roi się od stron, których użytkownicy zapamiętale tropią te intertekstualne łamigłówki. Możemy się z nich dowiedzieć m.in., że ksywki bohaterów "Wściekłych psów" zostały wprost zapożyczone z pierwowzoru brylującego obecnie na ekranach "Metra strachu", scena obcinania ucha z tegoż filmu bezpośrednio nawiązuje do legendarnego spaghetti westernu "Django", a napisy otwierające "Jackie Brown" to sprytne odniesienie do słynnego "Absolwenta". Mało tego, Tarantino z lubością odwołuje się do własnych dzieł, wymyślając choćby rodzinne powiązania między bohaterami "Wściekłych psów" i "Pulp Fiction", wprowadzając do "Kill Billa", "Death Proof" i "Od zmierzchu do świtu" tę samą postać szeryfa McGrawa albo każąc bohaterom swoich fabuł spożywać ze smakiem hamburgery wymyślonej sieci Kahuna Burgers i palić papierosy Red Apple.

Przykłady można by mnożyć. Istotne jest jednak co innego. A mianowicie fakt, iż przewrotny Amerykanin nie kręci i nigdy nie kręcił filmów o otaczającej nas rzeczywistości. Jedyną materią, z której konstruuje swoje dzieła, są inne filmy i - szerzej - cały popkulturowy wszechświat. "Nigdy nie chodziłem do szkoły filmowej. Chodziłem na filmy" %07- podkreśla na każdym kroku.

A zaczął chodzić bardzo wcześnie. Jego matka Connie, z zawodu pielęgniarka, po raz pierwszy zabrała go do kina, gdy miał zaledwie dwa lata. Jego ulubionym filmem w pacholęcych czasach był "Abbott i Costello spotykają Frankensteina".

Do dziś wspomina go z łezką w oku jako jedną ze swoich najważniejszych inspiracji. Dzięki niemu zrozumiał bowiem, iż można skutecznie połączyć to, co śmieszne z tym, co straszne. "Lubię jedno i drugie. Ale dopiero połączenie tych elementów jest sexy" - wyznawał po latach.

Choć nigdy nie był tłumokiem (ponoć szczyci się ilorazem inteligencji sięgającym 160 punktów), w wieku 16 lat rzucił szkołę, aby realizować swoje marzenia o filmie. Uczył się aktorstwa na różnych kursach, chodził na castingi (zwykle bez skutku) i nałogowo oglądał filmy.

W 1985 r. podjął pracę w wypożyczalni kaset wideo w Manhattan Beach w Kalifornii. Potrafił godzinami przesiadywać między regałami, gawędząc z kumplami z pracy (wśród których był m.in. przyszły współscenarzysta "Pulp Fiction" Roger Avary) o prawidłach sztuki filmowej.

Któregoś dnia rozmowa zeszła na "Matadora" Pedra Almódovara. Tarantino nie ukrywał zachwytu początkową sekwencją filmu, w której jeden z bohaterów niezdrowo się podnieca, oglądając krwawe sceny z tandetnych horrorów z lat 70. Wyznał kolegom, że chciałby nakręcić coś podobnego. "Człowieku, oni nigdy ci na to nie pozwolą" - usłyszał od jednego z nich. Wtedy coś w nim zaskoczyło i postanowił udowodnić niedowiarkom, że jeśli ktoś naprawdę chce, może robić w tym biznesie, co mu się żywnie podoba.

Jeszcze podczas pracy w wypożyczalni napisał swój pierwszy scenariusz i zaczął kręcić film "My Best Friend's Birthday". Debiut twórcy "Pulp Fiction" nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego - w 1987 r. taśma z filmem w większości spłonęła w czasie montażu. Na szczęście Tarantino miał wciąż w zanadrzu scenariusz, który wkrótce sprzedał i na jego podstawie Tony Scott w 1993 r. nakręcił "Prawdziwy romans". Ale amerykański światek filmowy już wcześniej zdążył poznać zdolnego młodzieńca. A to za sprawą jego rewelacyjnego, nakręconego w 1992 r. oficjalnego debiutu "Wściekłe psy".

Ten "gadany thriller gangsterski" z Harveyem Keitelem w roli głównej tyleż szokował nagromadzeniem okrucieństwa, co fascynował misterną, nielinearną konstrukcją fabuły i rzadko spotykaną błyskotliwością dialogów - słynna dyskusja o ukrytych znaczeniach "Like A Virgin" Madonny to dziś żelazna klasyka filmowej konwersacji.

Gigantyczny sukces "Pulp Fiction" (oprócz Złotej Palmy film zgarnął także Oscara za scenariusz, a dziś - pomimo konsternacji towarzyszącej jego premierze - uznawany jest za najbardziej wpływowy obraz amery- kański lat 90.) z miejsca katapultował prowokatora z Tennessee do międzynarodowej sławy. Od razu też posypały się intratne hollywoodzkie propozycje: zaoferowano mu reżyserski stołek m.in. przy "Speed" i "Men In Black". Odmówił bez zastanowienia. "Nie robię filmów, żeby opłacić utrzymanie basenu, domu na Barbadosie czy trzech żon. Robię tylko takie filmy, za które byłbym gotowy umrzeć" - tłumaczył, podkreślając jednocześnie, iż nie ma żony ani rodziny, a kino to całe jego życie.

Każdy następny film reżysera posuwał granicę radosnej zabawy z konwencją o krok dalej. Po pastiszu mało u nas znanego kina spod znaku blacksploitation w "Jackie Brown" (1997) przyszła pora na rozbitego na dwie niezależne części "Kill Billa" (2003/ 2004) - szaloną, okrutną i krwa-wą mieszankę spaghetti wes- ternu, "kina zemsty" z lat 70., chińskiego wuxia (wojowniczego kina sztuk walki), japońskiego chanbara (filmu samurajskiego) i włoskiego giallo (groteskowo krwawego horroru). Tarantino nie krył wówczas fascynacji tradycjami azjatyckimi, planował nawet napisać książkę o filipińskim kinie exploitation.

Porzucił jednak te plany, aby wraz z Robertem Rodriguezem nakręcić "Grindhouse", dwuczęściowy hołd dla zapomnianych filmów klasy C z lat 60. i 70. W swoim segmencie, zatytułowanym "Death Proof", ze smakiem odniósł się do tradycji oldschoolowych horrorów i sensacyjnych filmów drogi. A to znaczyło mnóstwo seksownych dziewczyn, urwanych kończyn i pościgów samochodowych.

Teraz wreszcie, kręcąc długo oczekiwane "Bękarty wojny" (przymierzał się do nich blisko 10 lat), Tarantino znów zrobił, co chciał. Bo wiedział, że nikt inny nie odważy się wypuścić w świat filmu wojennego, w którym mszczący się na nazistach Żydzi są bardziej okrutni od swoich ciemiężycieli, a w dodatku stosują metody zapożyczone od XIX-%07wiecznych Indian. Już samo zestawienie "los Żydów = los Indian" jest karkołomne. A nasz kontestator dodatkowo nurza je z lubością w hektolitrach posoki i wplata w wielopoziomowe sieci filmowych cytatów. Ale i tak wygrywa. "Bękarty" już zarobiły na całym świecie blisko 140 mln dolarów i wciąż są na szczycie globalnego box office'u. Bo chcemy tego czy nie - nic tak nie podnieca kinomanów jak efektowna jatka. A w tym akurat 46-letni Quentin Tarantino jest niepokonanym mistrzem świata.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!