(© Grafika Polska DZ)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Rząd zakłada większe wpływy ze wszystkich podatków, licząc na wyższy, bo aż 1,2-proc. wzrost gospodarczy w przyszłym roku. Jednocześnie zamierza ciąć wydatki w resortach.

Takiego budżetu jeszcze Polska nie miała. I to z co najmniej dwóch powodów. Na 2010 r. rząd zaplanował rekordową, bo aż 52,2-miliardową dziurę w kasie państwa. Dochody mają wynieść 245,5 mld zł, a wydatki aż 297,7 mld zł - o ponad 24 mld zł więcej niż w tym roku. Jednocześnie, mimo tak wielkiego deficytu rząd zakłada wzrost wpływów ze wszystkich podatków, licząc na wyższy - 1,2 proc. wzrost gospodarczy, a więc na to, że osoby indywidualne i firmy będą płacić wyższe podatki. I tak:

- wpływy z podatków w 2010 r. mają wynieść 223,1 mld zł, podczas gdy w tym roku podatnicy wpłacą do kasy państwa "zaledwie" 210,6 mld zł (wzrost o 2,3 proc.)

- najbardziej, bo aż o 9,6 proc., wzrosną w 2010 r. wpływy z podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) i wyniosą 26,3 mld zł ( w tym roku to 24 mld zł)

- o niemal 9 proc. wzrosną wpływy z podatku VAT - z 97,5 do 106,2 mld zł.

- o 3,3, proc. więcej oddamy państwu z podatku PIT - w 2009 r. będzie to 34,8, a w przyszłym roku - 36 mld zł.

- mizernie mają wzrosnąć wpływy z akcyzy - państwo ma na niej zarobić w przyszłym roku 53 mld zł, podczas gdy w tym roku 52,7 mld. Już wiadomo, że rząd podwyższy od 1 stycznia akcyzę na papierosy - o 2,57 proc.



- Założenie rządu, że wzrosną wpływy z podatków nie jest nierealistyczne, bo niemal wszyscy analitycy spodziewają się odbicia gospodarczego w przyszłym roku. A jak będzie, zobaczymy - pewne prognozy, dotyczące dochodów państwa często są przesadzone - mówi Krzysztof Rybiński, partner w Ernst &Young i były wiceprezes NBP.

Sęk w tym, że dystans między dochodami a wydatkami państwa rozjeżdża się z powodu wciąż trwającego spowolnienia gospodarczego. Płacimy mniej podatków, a państwo musi wypłacać renty, emerytury, czy świadczenia socjalne. To tzw. wydatki sztywne budżetu, które mogą być zniesione lub zmniejszone wyłącznie poprzez zmianę ustaw. Stanowią dziś aż trzy czwarte wszystkich budżetowych wydatków.

W przyszłym roku państwo zwaloryzuje renty i emerytury, świadczenia rodzinne, podwyższy dotację do Narodowego Funduszu Zdrowia i do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. W tym ostatnim przypadku dotacja wzrośnie aż o 7,5 mld zł do kwoty 37,9 mld zł z powodu niższych składek, odprowadzanych od pracowników i pracodawców. Wreszcie, o 13 proc. więcej wyda państwo na ubezpieczenie społeczne (m.in. 15,4 mld zł na KRUS).

Z powodu wyższego deficytu państwo musi też zaciągnąć większe długi w bankach i płacić coraz większe odsetki. Dziś nasz dług publiczny to ok. 700 mld zł i z wolna zbliżamy się do granicy 55 proc. PKB, czyli 740 mld zł, a to oznacza narzucone przez prawo radykalne cięcia wydatków i podwyżkę podatków. Tylko za rządów koalicji PO-PSL nasz dług urósł o rekordowe 102 mld zł - nic dziwnego, że obsługa zadłużenia będzie nas w przyszłym roku kosztowała 35,1 mld zł, podczas gdy w tym roku - 30,6 mld zł.

Według Krzysztofa Rybińskiego i prof. Stanisława Gomułki, byłego wiceministra finansów, rząd, by w ciągu roku zbić deficyt będzie musiał uciec się albo do dość ostrych cięć wydatków, albo do stopniowych podwyżek danin publicznych. Wczoraj napisaliśmy, powołując się na wysoko postawionych polityków PO, że rząd będzie próbował podwyższać akcyzę na używki i paliwa oraz być może zlikwiduje niektóre ulgi w podatku VAT. Zdaniem Rybińskiego, rząd może podwyższyć akcyzę na prąd, bo może to zmotywować obywateli do oszczędzania energii i zaliczy część kosztów przedsiębiorstw jako koszty podatkowe.

- Formalnie stawki VAT, PIT i CIT nie wzrosną, ale do budżetu napłynie więcej pieniędzy z podatków. A więc rząd nie złamie obietnicy, że w przyszłym roku nie dojdzie do podwyżek podatków, a jednocześnie do kasy państwa trafi więcej pieniędzy z podatków - mówi Rybiński.

Choć rząd wyda w przyszłym roku więcej, nie waha się przed ograniczeniem wydatków - każdy resort dostał nakaz ograniczenia swoich wydatków o 10 proc. W tym roku nie ma więc mowy o wielkich remontach w szkołach, czy zakupie mebli, komputerów oraz nowych samochodów dla urzędników. Z naszych informacji wynika, że większość ministrów załamała ręce po otrzymaniu pisma z resortu finansów. W rozmowie z naszą gazetą rzecznik ministerstwa edukacji Grzegorz Żurawski przyznał, że wydatki resortu na inwestycje już w tym roku były mocno ograniczone.

- Niestety - takie są realia i resorty muszą oszczędzać - nie pozostawia złudzeń Szymon Milczanowski z gabinetu ministra finansów Jacka Rostowskiego.

Ale prawdziwą reformę oszczędnościową rząd ma dopiero w zanadrzu. Doradcy premiera pracują nad ustawą, która ma odchudzić administrację publiczną. Pracę może stracić 10 procent urzędników. Plan restrukturyzacji zatrudnienia przygotuje szef Komitetu Stałego minister Michał Boni.

Premier Donald Tusk podczas konferencji prasowej zapowiedział, że podwyżka podatków w kolejnym roku budżetowym nie będzie możliwa. Dlatego konstrukcja kryzysowego budżetu wymaga szukania kolejnych oszczędności.

Rząd planuje cięcia etatów w ministerstwach, agencjach i urzędach wojewódzkich. Już od lat powtarzały się opinie, że wiele stanowisk i zadań się dubluje.





Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!