PiS przygotowuje się do przetrwania trzech kolejnych przegranych wyborów samorządowych, prezydenckich i parlamentarnych. Prezes partii Jarosław Kaczyński stara się jak najbardziej ustabilizować łódź, na której płynie, by przy sterze przetrwać nadchodzący sztorm. Ale ta strategia powoduje coraz większą frustrację wewnątrz PiS.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
- Trudno nie dostrzec pewnego niedosytu. Zdarzają się też nastroje defetystyczne - mówi Tadeusz Cymański, eurodeputowany PiS. - Ale one nie wynikają z faktu, że ktoś chce dziś dokonać przewrotu personalnego w partii, ale z powodu braku jasnego programu.

Jego zdaniem nadchodzące wybory wcale nie muszą być przegrane. Trzeba tylko wrócić do programu, który w 2005 r. przyniósł Prawu i Sprawiedliwości sukces wyborczy. Chodzi więc o odzyskanie elektoratu socjalnego i społecznego, który - zwłaszcza w czasie kryzysu - czuje się zagrożony i niepewny.

- Nie powinniśmy walczyć o liberalne centrum, ale trafić do tych wyborców, którzy gdzieś się zawieruszyli - dodaje eurodeputowany.

Ale jego optymizm jest dziś w partii wyjątkiem. - Nie jesteśmy w stanie obrać jasnego kursu. Co się otworzymy, to się z powrotem zatrzaśniemy - mówi była minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Taki brak jasnego kursu musi być zwiastunem politycznej porażki. Dlatego dziś politycy PiS częściej dyskutują o tym, co stanie się w partii po serii przegranych wyborów, niż o tym, jak te wybory wygrać.

- Każdy, kto dziś poważnie myśli o polityce, nie ma zamiaru powoływać własnej partii czy występować z PiS - tłumaczy jeden z posłów. - Przykłady kilku kolegów, którzy odeszli, pokazują, że znalezienie się poza partią oznacza odejście w polityczny niebyt.

Dlatego frakcje, które do tej pory zaciekle się zwalczały, podpisały pakt o nieagresji. Dotyczy to grup związanych z Michałem Kamińskim i Adamem Bielanem z jednej strony i Zbigniewem Ziobrą i Jackiem Kurskim z drugiej. Politycy ci spotkali się w Brukseli i przez kilka godzin ustalali warunki pokoju. Wyjaśnili sobie, że wszyscy chcą być w PiS i wcale nie muszą ze sobą konkurować. - Po prostu wszyscy mają inne cele polityczne, które ze sobą nie kolidują - tłumaczy osoba dobrze znająca treść rozmów.

Bielan i Kamiński przyszłość wiążą raczej z polityką europejską, a dla Ziobry i Kurskiego epizod w Parlamencie Europejskim jest raczej sposobem na przetrwanie trudnych czasów, zyskanie kontaktów międzynarodowych, nabranie dystansu do polityki krajowej, zmianę wizerunku i odpoczynek.

Ten sojusz może oznaczać, że zmienia się rola Jarosława Kaczyńskiego w partii. Do tej pory był on łącznikiem, który gwarantował, że "młodzi" nie zagryzą i nie doprowadzą do rozpadu partii. Czasem sam, podsycając konflikt między skłóconymi grupami, świetnie utrzymywał nad nimi kontrolę. Teraz czterdziestolatkowie z PiS pokazali, że nie mają zamiaru rozsadzać partii od środka. Ich współpraca, a przynajmniej brak konfliktu, siłą rzeczy musi osłabić pozycję prezesa.

To nie oznacza jeszcze, że zamierzają dokonać ojcobójstwa. Raczej przygotowują się do sytuacji, gdy kolejne przegrane wymuszą zmiany.

- Gdyby PiS rzeczywiście poniósł porażki w trzech kolejnych wyborach, partia musiałaby zareagować - tłumaczy jeden z czołowych polityków partii.

To też wcale nie musi oznaczać odsunięcie od władzy Jarosława Kaczyńskiego siłą, czyli na zasadzie konfrontacji podczas kongresu wyborczego. Chodzi raczej o zmuszenie prezesa PiS do podzielenia się władzą.

Ale z dramatyzmu sytuacji zdaje sobie sprawę także sam Jarosław Kaczyński. Mógłby wcześniej włączyć polityków, którzy dziś odpoczywają w Brukseli, do polityki krajowej. Aby to jednak zrobić, szef PiS musiałby przełamać własną nieufność zwłaszcza wobec Zbigniewa Ziobry. Nie jest tajemnicą, że obaj politycy nie przepadają za sobą. Obaj mają do siebie żal po słowach, które padły po wyborach do europarlamentu. Ziobro sugerował wówczas, że należałoby rozliczyć autorów kampanii wyborczej. Kaczyński natychmiast skarcił go, wysyłając na lekcje angielskiego. Od tego czasu obaj politycy spotykają się rzadko albo prawie wcale. Ale obaj zdają sobie sprawę, że są na siebie skazani. Szef PiS nie może zrezygnować z polityka, który zdobywa 320 tysięcy głosów. A Ziobro zdaje sobie sprawę, że najbliższych latach nie ma dla niego życia poza PiS.

Dlatego Jarosław Kaczyński może sięgnąć po byłego ministra sprawiedliwości, jeszcze zanim skończy się jego kadencja w Parlamencie Europejskim. I nie chodzi tu tylko o wspieranie kampanii prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego czy pomoc kandydatom PiS w wyborach samorządowych. Mógłby na przykład przedstawić go jako kandydata na szefa rządu. To mogłoby dać PiS-owi realną szansę na sukces.

- Zbigniew Ziobro byłby świetnym kandydatem na premiera rządu PiS - przyznaje otwarcie Tadeusz Cymański.

Takich głosów jest więcej, bo politycy partii widzą, że były minister sprawiedliwości jest dziś nie tylko najbardziej popularnym politykiem partii, ale też niekwestionowanym numerem 2. Na dodatek wytrzymał poniżające słowa prezesa, nie odpowiedział tym samym i nie sprowokował wielkiej rozróby.

- To znaczy, że mimo niechęci do Kaczyńskiego jest wobec niego lojalny. A to ma szczególne znaczenie nie tylko dla samego prezesa, ale także dla jego bliskich przyjaciół z dawnego Porozumienia Centrum. Takie zachowanie go uwiarygodniło - tłumaczy jeden z czołowych polityków partii.

Możliwe więc, że Jarosław Kaczyński na ostatnim kongresie umocnił swoją władzę po to, by teraz móc podzielić się nią na własnych warunkach. Jeśli przyniosłoby to sukces wyborczy, znów okazałby świetnym strategiem. Gdyby mimo tego PiS poniosło kolejną porażkę, odpowiedzialność za nią spadłaby także na jego rywali.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!