Powódź 1997 w Opolu. Dwa tygodnie "uwięzienia" w bloku na Zaodrzu. Były apele o papierosy i... świnia w zsypie! [ZDJĘCIA]

Piotr Guzik
Piotr Guzik
Powódź Tysiąclecia w Opolu. Mieszkańcy na dachu bloku przy ul. Prószkowskiej oraz wymalowana lista najbardziej potrzebnych rzeczy.
Powódź Tysiąclecia w Opolu. Mieszkańcy na dachu bloku przy ul. Prószkowskiej oraz wymalowana lista najbardziej potrzebnych rzeczy. Jerzy Stemplewski - Archiwum Państwowe w Opolu
Na dachach bloków na opolskim Zaodrzu obok próśb o wodę i żywność, pojawiały się też apele o dostarczenie papierosów i baterii. W pomieszczeniu zsypowym budynku przy ul. Prószkowskiej przez pewien czas mieszkała świnia uratowana z powodzi. Codzienność powodzian w blokach toczyła się wokół obserwowania skutków kataklizmu z balkonów i spotkań na dachach. Wszystko to uwiecznił w 1997 roku opolski fotoreporter Jerzy Stemplewski, który był jednym z ludzi "uwięzionych" przez wodę.

9 lipca 1997 roku Jerzy Stemplewski pojechał robić zdjęcia z powodzi w rejonie Nysy. Następnego dnia miał je przesłać redakcji "Super Expressu".

- Nigdy tego nie zrobiłem. 10 lipca byłem jednym z ludzi uwięzionych przez powódź w blokach na Zaodrzu - wspomina.

Jeszcze w nocy 9 na 10 lipca na Zaodrzu pracowała piekarnia. - O północy można już tam było kupić chleb na zapleczu. Ci, co tego dnia to zrobili, byli w nieco lepszej sytuacji. Reszta musiała czekać na to, aż chleb ktoś im dostarczy - opowiada Jerzy Stemplewski.

Co ważne, w lodówce oprócz jedzenia miał też zapas kolorowego filmu. Były to bowiem najlepsze warunki do jego przechowywania. Dzięki temu mogła powstać poruszająca dokumentacja Powodzi Tysiąclecia.

Woda po klosz i płynące samochody

A było co fotografować. Woda zalała mieszkania na parterze. Jej poziom sięgał kloszy ulicznych lamp. Tam, gdzie wcześniej były podwórka, ławki, place zabaw, krzewy, przetaczały się masy brudnobrązowej wody.

Z okien bloku pana Jerzego było widać zalane zabudowania SDH "Za Odrą", nieistniejącego już pawilonu na rogu ulic Prószkowskiej i Niemodlińskiej oraz most nad Kanałem Ulgi ledwie wystający nad poziom wody. Z dużej wysokości udało się mu też uchwycić to, jak Odra rozlewała się w rejonie Wyspy Bolko.

- Spore wrażenie robił widok płynących samochodów. Były to głównie auta z klimatyzacją, ponieważ z racji obecności tej instalacji były bardziej szczelne. I dlatego mogły być niesione z nurtem. Inne pojazdy stały zalane, choć i je żywioł potrafił przenosić na spore odległości - opowiada Jerzy Stemplewski.

Obiady na dachu

Po pierwszym uderzeniu wody na osiedlu panowała cisza. A poziom wody rósł. Gdy zaczęła podchodzić pod pierwsze piętro, lokatorom tamtejszych mieszkań z pomocą ruszyli sąsiedzi, pomagając wynosić co cenniejsze przedmioty i umożliwiając przechowanie ich u siebie.

To był jeden z pierwszych przejawów solidarności, jaka rodziła się pomiędzy lokatorami uwięzionymi w blokach. Innym były wspólne spotkania na dachach. Ludzie potrafili na nie wynosić stoły i krzesła, by wspólnie jeść obiady i kolacje.

- Na szczęście pomimo kataklizmu nadal działała sieć wodociągowa oraz kanalizacyjna. Można było się umyć, skorzystać z toalety. Nie mieliśmy natomiast elektryczności oraz dostępu do gazu, dlatego nie było możliwości korzystania z kuchenek w mieszkaniach. Korzystaliśmy z kuchenek turystycznych dostarczonych przez służby ratunkowe - wspomina pan Jerzy.

Woda, chleb, papierosy

Zapasy osobom w blokach dostarczano łodziami i amfibiami. Robili to m.in. żołnierze, strażacy oraz ratownicy. - Na naszym dachu wymalowano listę rzeczy, których mieszkańcy potrzebowali najpilniej. To były woda, chleb i owoce. Baterie były potrzebne do zasilania przenośnych radioodbiorników, bowiem obok rozmów z ludźmi dostarczającymi nam zapasy to właśnie w ten sposób mogliśmy wiedzieć, jaka jest aktualna sytuacja - opowiada Jerzy Stemplewski.

- W radio można było usłyszeć wezwania bliskich z prośbami o kontakt ze strony osób uwięzionych na zalanych terenach. Pamiętam, że mnie też wywoływano. Ale nie miałem jak odpowiedzieć. Wtedy tylko jeden człowiek u nas w klatce miał telefon komórkowy. Ale nie miał nawet go jak naładować. Dlatego jeśli chodzi o komunikację, to byliśmy zdani tylko na przekazywanie informacji do podania dalej tym, co do nas przypływali - mówi fotoreporter.

Część mieszkańców bloków apelowała też o inny towar, który z ich perspektywy był artykułem pierwszej potrzeby: papierosy. - Dla palaczy, którzy nie mieli zapasów, to był bardzo trudny czas - stwierdza pan Jerzy.

Helikoptery i świnia w zsypie

Czas spędzany w blokach płynął powoli. Ich mieszkańcy zabijali nudę obserwowaniem sytuacji za oknami: co robią lokatorzy sąsiednich budynków, jaka sytuacja panuje na terenie pobliskiego osiedla domków jednorodzinnych (na zdjęciach widać, że ludzie, którzy postanowili w nich pozostać, także przebywali na dachach), czy poziom wody się obniża i czy w kierunku wejścia do klatki schodowej płynie zaopatrzenie.

Zdarzały się sytuacje bardziej widowiskowe. Jeśli ktoś potrzebował pilnej pomocy bądź ewakuacji, do budynków podlatywały helikoptery. Jerzy Stemplewski uchwycił m.in. moment, gdy jeden ze śmigłowców transportuje kobietę znajdującą się na specjalnym siedzeniu podwieszonym pod maszyną.

Dużym urozmaiceniem codzienności była nowa lokatorka w bloku: świnia.

- Strażacy próbowali pomóc jej dostać się na niezalany teren, ale nurt był zbyt silny. Dlatego postanowili odstawić ją do naszego bloku. Podobno to była świnia z gospodarstwa aż z Folwarku. Zamieszkała w pomieszczeniu zsypowym na półpiętrze. Dokarmialiśmy ją regularnie, nie miała u nas źle. Po jakimś czasie zabrali ją wojskowi. Nie wiem, co się z nią potem stało - opowiada fotoreporter.

Zaodrze jak po wybuchu bomby

Jerzy Stemplewski blok opuścił po około dwóch tygodniach, gdy woda już opadła i można było poruszać się po okolicy w miarę suchą nogą. Wziął sprzęt fotograficzny i zaczął uwieczniać skalę zniszczeń.

Lokatorzy zalanych mieszkań i domów wynosili na ulice zrujnowany dobytek: meble, odzież, sprzęt AGD. W jednym z mieszkań woda zniszczyła pianino.

Przy drogach stały bądź leżały samochody z powybijanymi szybami. Płyty chodnikowe wyglądały jak rozsypane kostki domina. Część lamp i znaków stała krzywo bądź była wywrócona. W SDH "Za Odrą" ludzie wynosili towar i sklepowe wyposażenie, które przez wiele dni stało w wodzie. To samo tyczyło się właścicieli i najemców lokali w sąsiednich pawilonach handlowych.

Fotoreporter nie zatrzymał się w swojej bezpośredniej okolicy. Ruszył dalej, w stronę bliskiego Zaodrza i centrum miasta. Udokumentował zniszczenia, jakich żywioł dokonał na przejeździe nad Kanałem Ulgi, w miejscu którego po powodzi wybudowano most. W rejonie ul. Wrocławskiej uwiecznił zrujnowaną aptekę.

- Tak naprawdę dopiero wtedy można było zdać sobie sprawę, z jak potężnym żywiołem mieliśmy do czynienia. I jak wiele pracy czekało nas przy odbudowie - stwierdza Jerzy Stemplewski.

Dokumentacja wydarzeń z 1997 roku to element kolekcji, którą fotoreporter przekazał Archiwum Państwowemu w Opolu. Zdjęcia te wchodzą w skład Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Astronauci amatorzy polecieli w kosmos

Wideo

Materiał oryginalny: Powódź 1997 w Opolu. Dwa tygodnie "uwięzienia" w bloku na Zaodrzu. Były apele o papierosy i... świnia w zsypie! [ZDJĘCIA] - Nowa Trybuna Opolska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie